Dni mijaja, a my wciaz jestesmy w Kuala Lumpur. Wpasowalismy sie w rytm miasta, domu i kolejnych gosci z CS. Na kilka dni przyjechali Dori i Balaz z Wegier, ktorzy w pazdzierniku zaczynaja studia w Indonezji. Potem wpadli Maciek i Filip z Poznania, ktorzy wlasnie wracali z podrozy przez Rosje, Chiny, Tajlandie
W niedziele odbylo sie wezowe spa. Jeeva czyscil klatki i terraria, a my mielismy okazje na bardzo bliskie poznanie ich mieszkancow. Pawlowi do gustu najbardziej przypadl Spiky - wsciekle zielona iguana, ktora bardzo ladnie udawala broszke na jego koszulce. Ja zaprzyjaznilam sie z wezami, zwlaszcza z jednym pytonem.
Wspolnie z Jeeva i Wiliamem wybralismy sie nad gorace zrodla, ktorych na pewno nie zostane wielka fanka, mimo tego, ze byly piekne. Woda byla tak goraca, ze ledwo dalam rade sie w niej zanurzyc. Za to kiedy pojechalismy nad wodospady - miodzio. Wiadomo "zimna woda, zdrowia doda". Moze dlatego kapalam sie jako jedyna...
Za namowa Primy, zwedzilismy takze Batu Caves - zespol jaskin, w ktorych znajduja sie hinduskie swiatynie poswiecone Muruganowi - bogowi wojny. Aby sie do nich dostac, nalezy minac 43 metrowy pozlacany posag i wejsc 272 stopnie do gory. Jest to najwieksze w Malezji miejsce kultu, w ktorym co roku odbywa sie, zakazany w Indiach festiwal Thaipusam.
Pewnego wieczoru, kiedy zostalysmy same urzadzilysmy sobie lekcje. Ja probowalam nauczyc dziewczyny kilku polskich slow i zwrotow, a potem nastapila zamiana. Niemalze posikalysmy sie ze smiechu, kiedy dziewczyny probowaly wypowiedziec "jak sie masz", albo "dobranoc". Po chwili bylo odwrotnie. Myslalam, ze mi jezyk kolkiem stanie. Do dzis, wieczorowa pora, Prima albo Anusyiah zawsze z usmiechem mowia "dobranoc" a ja nie pozostaje dluzna i mowie "selamat malam".
Zapis podróży, która się nie dłuży.... czyli jedziemy w świat. Na ile - nie wiemy, byle jak najdalej :)
sobota, 28 sierpnia 2010
piątek, 27 sierpnia 2010
Marzenia sie spelniaja!!!
Musielismy sie pospieszyc, seans zaczynal sie o godzinie 22.30, wiec aby zdazyc wzielismy taksowke. Biorac pod uwage koszt calej zabawy troche sie obawialismy, ze nasz budzet tego nie wytrzyma, ale kiedy okazalo sie, ze to Avatar w rozszerzonej wersji, do tego 3D, nie mielismy juz zadnych watpliwosci! Pamietam, jak kilka miesiecy temu przeczytalam, ze w sierpniu wroci on do kin. Wiedzialam, ze bedziemy wtedy gdzies w swiecie i na pewno na niego nie pojdziemy...a tak bardzo chcialam zobaczyc go na duzym ekranie. Z radoscia zajelismy miejsca w sali kinowej, zalozylismy okulary i wyruszylismy w podroz po Pandorze. Niesamowite!!! Oczywiscie pierwszy raz ogladalismy film w trojwymiarze. W miedzyczasie wybila polnoc i rozpoczal sie dzien moich urodzin. Po seansie wybralismy sie do restauracji, gdzie Prima i Anusyiah zamowily dla nas indyjskie specjaly. Myslalam, ze moze utrzymam w tajemnicy kwestie urodzin, ale po chwili podszedl Jeeva i zlozyl mi zyczenia, (wlasnie dowiedzial sie od Pawla) po czym cala reszta zyczyla mi wszystkiego najlepszego. Nie bylo mowy o tym ze zaplacimy za kino, dostalam to w prezencie. Po kolacji Jeeva zabral mnie na przejazdzke skuterem ulicam miasta. O rety! Musialam sie niezle trzymac, bo kierowca jest z niego szalony! Co za noc! W zyciu bym sie tego nie spodziewala.
A to nie byl jeszcze koniec niespodzianek... Wieczorem byla Pawla kolej zaliczyc superszalona jazde na skuterze, wiec chlopacy pojechali gdzies do centrum. W tym czasie do mieszkania przyszla siostra Primy i jej synowie. Ona tez obchodzila tego dnia urodziny i okazalo sie idziemy na kolacje. Tym razem do restauracji chinskiej. Niestety nie udalo nam sie przeczytac menu, jeszcze nie opanowalismy tego jezyka. Zasiedlismy przy duzym, okraglym stole, ktorego srodek zajmowala obrotowa taca. Kelner - siwy starszy pan przyjal zamowienie i po kilkunastu minutach zaczely pojawiac sie potrawy. Na stole wyladowalo tofu w dwoch postaciach, miekkie i smazone, kurczak w sosie imbirowym z karmelizowanym chili, dwa rodzaje ryby, warzywka i do tego kraby. Prawdziwa uczta! Po wszystkim, pojawily sie torty... dwa! Na moim, po polsku napisane bylo "Wszystkiego najlepszego Edyta". Pomyslalysmy zyczenia, zdmuchnelysmy swieczki i ja, jak to u nas w zwyczaju, zabralam sie za krojenie. Po czym, katem oka zauwazylam, ze z drugim tortem dzieje sie cos zupelnie innego. Kazdy bral po kawaleczku i nastepowala wymiana malych gryzkow wraz z wymiana zyczen. Bylo to znacznie bardziej interesujace, wiec zrobilam to samo. Mnostwo smiechu i zabawy, a kiedy po chwili dostalam prezent - piekna, zielona torbe, przyznam, ze oczy wypelnily mi sie lzami. To bylo o wiele wiecej, niz moglam sobie wymarzyc! Chlopacy mieli niezly ubaw, bo kiedy ja myslalam, ze jada na przejazdzke aby kupic cos dla wezy, oni popedzili na bazar i szukali dla mnie prezentu. Trzeba przyznac, ze im sie udalo! Trafili w dziesiatke :D
A to nie byl jeszcze koniec niespodzianek... Wieczorem byla Pawla kolej zaliczyc superszalona jazde na skuterze, wiec chlopacy pojechali gdzies do centrum. W tym czasie do mieszkania przyszla siostra Primy i jej synowie. Ona tez obchodzila tego dnia urodziny i okazalo sie idziemy na kolacje. Tym razem do restauracji chinskiej. Niestety nie udalo nam sie przeczytac menu, jeszcze nie opanowalismy tego jezyka. Zasiedlismy przy duzym, okraglym stole, ktorego srodek zajmowala obrotowa taca. Kelner - siwy starszy pan przyjal zamowienie i po kilkunastu minutach zaczely pojawiac sie potrawy. Na stole wyladowalo tofu w dwoch postaciach, miekkie i smazone, kurczak w sosie imbirowym z karmelizowanym chili, dwa rodzaje ryby, warzywka i do tego kraby. Prawdziwa uczta! Po wszystkim, pojawily sie torty... dwa! Na moim, po polsku napisane bylo "Wszystkiego najlepszego Edyta". Pomyslalysmy zyczenia, zdmuchnelysmy swieczki i ja, jak to u nas w zwyczaju, zabralam sie za krojenie. Po czym, katem oka zauwazylam, ze z drugim tortem dzieje sie cos zupelnie innego. Kazdy bral po kawaleczku i nastepowala wymiana malych gryzkow wraz z wymiana zyczen. Bylo to znacznie bardziej interesujace, wiec zrobilam to samo. Mnostwo smiechu i zabawy, a kiedy po chwili dostalam prezent - piekna, zielona torbe, przyznam, ze oczy wypelnily mi sie lzami. To bylo o wiele wiecej, niz moglam sobie wymarzyc! Chlopacy mieli niezly ubaw, bo kiedy ja myslalam, ze jada na przejazdzke aby kupic cos dla wezy, oni popedzili na bazar i szukali dla mnie prezentu. Trzeba przyznac, ze im sie udalo! Trafili w dziesiatke :D
wtorek, 24 sierpnia 2010
Pierwsze kroki i widoki w Kuala Lumpur
Zblizala sie godzina dwunasta, wiec nadszedl czas poznac Jeeve. Dojechalismy do jego domu wedle podanych wskazowek. Podeszlismy pod drzwi, a tu niespodzianka. Przywitaly nas jego mama - Prima i siostra - Anusyiah. Okazalo sie, ze Jeeva pracuje do 22.00. Nie bardzo wiedzielismy co zrobic, wiec zostawilismy plecaki i pojechalismy zwiedzic miasto. Ja zasypialam prawie w kazdej pozycji, a na kawe nie moglam juz patrzec. Cale szczescie, ze wieczorem troszke ozylam.
Wszedzie bylo glosno, niezliczone ilosci samochodow tloczyly sie na ulicach, a pomiedzy nimi, szalone ludziki na motorkach i skuterach wciskaly sie w kazda mozliwa wolna przestrzen. Trzeba niezle uwazac, zeby nie stracic zycia na tutejszych drogach. Chodzilismy ulicami miasta i chlonelismy jego niezwykly klimat, inne zapachy i widoki. Obeszlismy glowny bazar, ktory okazal sie byc turystycznym spedem, z wygorowanymi cenami i sklepikami jak w kazdym centrum handlowym. Doszlismy do Chinatown, a tu otoczyl nas gwar. Nad glowami rozposcieraly sie oslepiajace neony, obowiazkowo w czerwonym i zoltym kolorze. Na straganach, rozstawionych tak blisko jeden drugiego, ze trzeba bylo uwazac, aby czegos nie stracic, krolowal asortyment w postaci "markowych" zegarkow, portfeli, torebek, ubran i okularow przeciwslonecznych. I co chwile ktos nagabywal, aby wlasnie u niego zrobic zakupy. Oczywiscie ceny byly rowniez zawyzone, co z reszta sprawdzilismy - bardzo latwo bylo z 39RM zejsc do 20RM... Restauracje utrzymujace sie glownie z turystow takze nie byly tanie, a te ktore z kolei nie byly drogie, nie wygladaly zachecajaco. Po dluzszych ogledzinach znalezlismy miejsce na kolacje. Wybralismy kilka najbardziej znajomo wygladajacych potraw sposrod wielu dziwnie pachnacych dan. Za co zaplacilismy 10PLN, za dwie osoby. Trudno okreslic, czy bylo to smaczne, ale na pewno zjadliwe. Dosyc wrazen jak na ten dzien, wrocilismy do domu. Tam juz czekal na nas Jeeva. Przywital nas niezwykle milo i od razu zamiast do lozka, przenieslismy sie przed dom i rozmawialismy pol nocy. To jedna z tych osob, ktorych nie da sie nie lubic! Pozytyw bije na prawo i lewo, a jedno spojrzenie w oczy ukazuje, ze kryje sie tam nic innego jak tylko dobro. Jeeva pracuje jako kucharz w restauracji National Geografic w Kuala Lumpur, a do tego hoduje niezwykle zwierzeta, ktorych czesc mozna zobaczyc w mini zoo u stop wiezy telewizyjnej. Ponadto w pokoju mieszkaly z nami 2 iguany, tarantula, i 10 wezy w tym: kobra, 5 pytonow i kilka innych. Ciekawie bylo!
Nastepnego dnia postanowilismy zwiedzic kolejna czesc miasta. Dowiedzielismy sie od Primy, gdzie mozemy znalezc rynek dla tubylcow. Wieczorna pora zaglebilismy sie w dzielnice Chow Kit, ktora noca przeobrazala sie w jeden wielki targ. Mozna bylo tam kupic najdziwniejsze rosliny, owoce i warzywa hurtowo i detalicznie, ubrania, nowe i uzywane, a takze przeogromne ilosci jedzenia. Ryz, makaron, kurczaki, ryby, owoce morza, desery w postaci kolorowych zelkowatych kostek, kulek i innych wariacji. My sprobowalismy curry puffs czyli cos jak kotwicowe empanadasy, tyle ze z nadzieniem ziemniaczanym. Do tego powiedzmy racuchy, czyli ciasto pomieszane z warzywami (oczywiscie curry) smazone na glebokim oleju, a na deser placki z maki ryzowej i ryz z mlekiem kokosowym zawijany w lisciach bananowca. Po czym poszlismy na kawe do malej restauracji i to wszystko kosztowalo nas 6,60PLN!!! :D
Zadowoleni wrocilismy do domu, gdzie czekal na nas Jeeva z pytaniem, czy wychodzimy z nim do baru? Hmm, bylo juz po 22.00 ale... czemu nie? Spotkalismy sie z innymi ludzmi z CS i udalismy sie do Reggae Pubu na piwko. Bylo bardzo milo, pare piw, kilka kolejek w bilarda, czas zlecial raz dwa. Kiedy kladlismy sie spac byla 4.30! Mielismy rano wstac, ogarnac sie, pojechac ostatni raz do centrum, poniewaz minela druga noc w KL, a na tyle przyjechalismy do Jeevy. Planu nie zrealizowalismy. Po pierwsze, jak sie rano kladzie spac, to sie rano nie wstaje. A po drugie, wieczorem umowilismy sie z naszym hostem na wizyte w minizoo. Tego dnia przyjechal kolejny gosc z CS - Wiliam z Anglii, podrozujacy po swiecie juz 2,5 roku. Wszyscy razem spotkalismy sie pod wieza telewizyjna i weszlismy do srodka, gdzie naszym oczom ukazaly sie niezwykle okazy malp, ptakow, wezy, jaszczurek, pajakow i wielu stworow, ktorych raczej nie chcielibysmy spotkac oko w oko. Dowiedzielismy sie w miedzyczasie, ze idziemy do kina - wszyscy do tej pory poznani ludzie, lacznie z mama i siostra Jeevy. Bilety byly juz zamowione. No to idziemy!
Wszedzie bylo glosno, niezliczone ilosci samochodow tloczyly sie na ulicach, a pomiedzy nimi, szalone ludziki na motorkach i skuterach wciskaly sie w kazda mozliwa wolna przestrzen. Trzeba niezle uwazac, zeby nie stracic zycia na tutejszych drogach. Chodzilismy ulicami miasta i chlonelismy jego niezwykly klimat, inne zapachy i widoki. Obeszlismy glowny bazar, ktory okazal sie byc turystycznym spedem, z wygorowanymi cenami i sklepikami jak w kazdym centrum handlowym. Doszlismy do Chinatown, a tu otoczyl nas gwar. Nad glowami rozposcieraly sie oslepiajace neony, obowiazkowo w czerwonym i zoltym kolorze. Na straganach, rozstawionych tak blisko jeden drugiego, ze trzeba bylo uwazac, aby czegos nie stracic, krolowal asortyment w postaci "markowych" zegarkow, portfeli, torebek, ubran i okularow przeciwslonecznych. I co chwile ktos nagabywal, aby wlasnie u niego zrobic zakupy. Oczywiscie ceny byly rowniez zawyzone, co z reszta sprawdzilismy - bardzo latwo bylo z 39RM zejsc do 20RM... Restauracje utrzymujace sie glownie z turystow takze nie byly tanie, a te ktore z kolei nie byly drogie, nie wygladaly zachecajaco. Po dluzszych ogledzinach znalezlismy miejsce na kolacje. Wybralismy kilka najbardziej znajomo wygladajacych potraw sposrod wielu dziwnie pachnacych dan. Za co zaplacilismy 10PLN, za dwie osoby. Trudno okreslic, czy bylo to smaczne, ale na pewno zjadliwe. Dosyc wrazen jak na ten dzien, wrocilismy do domu. Tam juz czekal na nas Jeeva. Przywital nas niezwykle milo i od razu zamiast do lozka, przenieslismy sie przed dom i rozmawialismy pol nocy. To jedna z tych osob, ktorych nie da sie nie lubic! Pozytyw bije na prawo i lewo, a jedno spojrzenie w oczy ukazuje, ze kryje sie tam nic innego jak tylko dobro. Jeeva pracuje jako kucharz w restauracji National Geografic w Kuala Lumpur, a do tego hoduje niezwykle zwierzeta, ktorych czesc mozna zobaczyc w mini zoo u stop wiezy telewizyjnej. Ponadto w pokoju mieszkaly z nami 2 iguany, tarantula, i 10 wezy w tym: kobra, 5 pytonow i kilka innych. Ciekawie bylo!
Nastepnego dnia postanowilismy zwiedzic kolejna czesc miasta. Dowiedzielismy sie od Primy, gdzie mozemy znalezc rynek dla tubylcow. Wieczorna pora zaglebilismy sie w dzielnice Chow Kit, ktora noca przeobrazala sie w jeden wielki targ. Mozna bylo tam kupic najdziwniejsze rosliny, owoce i warzywa hurtowo i detalicznie, ubrania, nowe i uzywane, a takze przeogromne ilosci jedzenia. Ryz, makaron, kurczaki, ryby, owoce morza, desery w postaci kolorowych zelkowatych kostek, kulek i innych wariacji. My sprobowalismy curry puffs czyli cos jak kotwicowe empanadasy, tyle ze z nadzieniem ziemniaczanym. Do tego powiedzmy racuchy, czyli ciasto pomieszane z warzywami (oczywiscie curry) smazone na glebokim oleju, a na deser placki z maki ryzowej i ryz z mlekiem kokosowym zawijany w lisciach bananowca. Po czym poszlismy na kawe do malej restauracji i to wszystko kosztowalo nas 6,60PLN!!! :D
Zadowoleni wrocilismy do domu, gdzie czekal na nas Jeeva z pytaniem, czy wychodzimy z nim do baru? Hmm, bylo juz po 22.00 ale... czemu nie? Spotkalismy sie z innymi ludzmi z CS i udalismy sie do Reggae Pubu na piwko. Bylo bardzo milo, pare piw, kilka kolejek w bilarda, czas zlecial raz dwa. Kiedy kladlismy sie spac byla 4.30! Mielismy rano wstac, ogarnac sie, pojechac ostatni raz do centrum, poniewaz minela druga noc w KL, a na tyle przyjechalismy do Jeevy. Planu nie zrealizowalismy. Po pierwsze, jak sie rano kladzie spac, to sie rano nie wstaje. A po drugie, wieczorem umowilismy sie z naszym hostem na wizyte w minizoo. Tego dnia przyjechal kolejny gosc z CS - Wiliam z Anglii, podrozujacy po swiecie juz 2,5 roku. Wszyscy razem spotkalismy sie pod wieza telewizyjna i weszlismy do srodka, gdzie naszym oczom ukazaly sie niezwykle okazy malp, ptakow, wezy, jaszczurek, pajakow i wielu stworow, ktorych raczej nie chcielibysmy spotkac oko w oko. Dowiedzielismy sie w miedzyczasie, ze idziemy do kina - wszyscy do tej pory poznani ludzie, lacznie z mama i siostra Jeevy. Bilety byly juz zamowione. No to idziemy!
"One way ticket" to Malaysia
Tak wiec zaczela sie kolejna przygoda. Troche podekscytowani weszlismy na poklad samolotu, najwiekszego z reszta w historii naszego latania. Stewardessy ubarane byly w piekne malezyjskie wdzianka, na siedzeniu czekaly juz poduszki i koce. Po chwili od startu otrzymalismy tez sluchawki, gdyz kazdy mial swoj maly, prywatny telewizor. Pojawilo sie tez piwko i orzeszki. Nie zdazylismy porzadnie zglodniec, a przed nosami wyladowal nam cieply obiad z deserem, do tego winko, kawka, herbatka, soczki.... Nie sposob bylo to wszystko zmescic. Nie wspomne o ciasteczkach, a potem o sniadaniu. Wszystko super, tylko ciezko bylo zasnac. O godz 5.40 rano tutejszego czasu dotknelismy plyty lotniska. Odebralismy bagaze i wyszlismy na zewnatrz. Otoczyla nas wszechogarniajaca wilgoc! Myslalam, ze sie udusze. Bylo jeszcze ciemno, wiec wrocilismy do srodka i zwiedzilismy lotnisko. Powoli dopadalo nas zmeczenie. Jako, ze do Jeevy, naszego couchsurfingowego hosta (taa w koncu nam sie udalo!) umowieni bylismy na 12.00, zdecydowalismy pojechac do centrum. Przez okna autobusu ogladalismy ten nowy, nieznany swiat. Palmy rosnace na skwerach, zupelnie inna architektura, az zmorzyl nas sen... Na glownym dworcu najpierw wypilismy hektolitry kawy, a potem zasiegnelismy informacji na temat miasta, zabytkow i komuniacji miejskiej. Okazalo sie tez, ze nie jest drogo. Kurs malezyjskiego ringgita wynosi w przyblizeniu 1RM:1PLN. Chyba nie musze pisac, jak bardzo sie z tego powodu ucieszylismy po spedzeniu trzech tygodni w drogiej Turcji. Poza tym, nasz budzet nie wytrzymalby kolejnego takiego kraju na swojej drodze. Z reszta, mielismy do wyboru albo pobujac sie jeszcze jakis czas po europie i wracac, albo kupic bilet w jedna strone. Oznacza to dla nas, ze za miesiac macie trzymac kciuki, bo bedziemy musieli znalezc prace. O powrocie oczywiscie nie ma mowy - nie ma za co! hehehe!
Subskrybuj:
Posty (Atom)