Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prom. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prom. Pokaż wszystkie posty

sobota, 15 czerwca 2013

Carretera Austral – „droga” przez Patagonię.


Ta osławiona droga, jeśli drogą można to nazwać, jest popularną trasą dla autostopowiczów w sezonie letnim. Niewielu wybiera się tu jednak w zimę. My do lata czekać nie mamy zamiaru, więc cóż nam pozostaje. Stajemy na poboczy i łapiemy okazję. Pierwszego dnia przemierzamy niesamowity odcinek trasy o długości 46 km i wieczorem docieramy do pierwszej przeprawy promowej. Wspomnę jeszcze że przed opuszczeniem Puerto Montt przeczytaliśmy kilka postów autorstwa miłośników taniego podróżowania i najbardziej utkwił nam w pamięci jeden, w którym to zawarte były trzy porady dla wybierających się tą drogą na południe. Zacytuję: "Po pierwsze, uzbrój się w cierpliwość. Po drugie, zaopatrz się w solidną odzież przeciw deszczową. Po trzecie, wracaj do najbliższego miasta i kup bilet autobusowy w inne miejsce." Czekając na prom, zastanawiam się, czy aby na pewno nie porywamy się z motyką na słońce. Nie poddajemy się i wsiadamy na łajbę. 

Koniec dnia przyniósł jednak coś miłego w postaci Eduardo, którego poznajemy tuż przed przybiciem do brzegu. Noc spędzamy u niego przy domu rozkoszując się wcześniej ciepłem piecyka w kuchni, herbatą i bułeczkami z miodem domowej roboty.

Kolejny dzień i kolejny niesamowity dystans, 55 km z Puelche do Hornopiren. Po raz pierwszy w życiu stoimy przy drodze w miejscu gdzie dokładnie wiemy, o której jeżdżą auta. Na tym krótkim odcinku trasy, zaraz za przeprawą promową  auta jeżdżą z dokładnie określoną częstotliwością wymierzaną przez kolejne promy. Jeśli nikt nas nie zabierze teraz, to następna szansa za 45 minut. Jazda autostopem to zapewne najtańszy środek transportu i przy okazji można poznać wielu ciekawych ludzi, o czym raczej pisać nie trzeba, jednak dla mnie jest w tym coś, czego nie lubię. To poczucie uzależnienia od innych ludzi, bez których utkniemy gdzieś na trasie. Dla mnie i Edyty ten środek lokomocji wciąż odpowiada ale świadomi jesteśmy, że z wolnością, a o to nam chodzi w naszej podróży, ma to raczej mało wspólnego. Wiele godzin stania, by przejechać  taki dystans może czasem irytować. Znajdujemy jednak sposób by się nie poddać i wciąż przeć do przodu. Nasz złoty środek to świadomość, że na trasie jesteśmy prawdopodobnie jedynymi autostopowiczami, a trud jaki sobie zadajemy motywuje, by jechać dalej i się nie poddać. To jak wyzwanie od losu.

Przejechaliśmy w końcu te 55 km do kolejnej przeprawy promowej i co, i nico. Łódka już popłynęła a następna jutro. Ale tak miało być. Dzięki temu znajdujemy kamping ekologiczny gdzieś na obrzeżu wioski czy miasteczka sam już nie wiem. Właściciel  trochę się zdziwił widząc nas z plecakami. Ostatni goście byli tu 2 miesiące temu zaraz po zakończeniu sezonu letniego ale i tak przyjął nas wyśmienicie. Po kilku godzinach dyskusji, głównie na temat metod produkcji różnych alkoholi, idziemy do jego domu na strucla z jabłkami a właściwie by go najpierw upiec. Niemiecki przepis, chilijsko-polska ekipa i ciasto smakuje niesamowicie.
Poranek. Chyba nic już nas nie może zaskoczyć. Przy zakupie biletów na prom okazuje się że tam gdzie chcemy płynąć nie popłyniemy. Zawalona droga odcięła przystań a kolejna dostępna jest w Chaiten. Po kilku godzinach docieramy do celu późnym już wieczorem. Jest ciemno a to nie najlepiej wróży jeśli chce się znaleźć ciche miejsce na namiot. Zawsze wiatr w oczy. Dajemy jednak radę i po pół godzinie rozstawiamy majdan kilka metrów od drogi. W nocy znów pada i nie przestaje również nad ranem. Dziś zakładamy nasze super
przeciwdeszczowe spodnie kupione w sklepie z odzieżą używaną za dolara. Goretex to może nie jest ale czy jest coś lepszego od roboczych gumowych spodni w dodatku żółtych? Wody nie przepuszczą a i widać nas na drodze z kilometra. Przez Chaiten przechodzimy praktycznie bez przystanku. Nie cieszą nas widoki miejsc po kataklizmach. W 2008 roku wulkan o tej samej nazwie pokrył całe miasto grubą warstwą popiołów. 4200 ludzi ewakuowano ale domy zostały prawie całkowicie zniszczone. Dziś, po 5 latach osada liczy już 900 osób. Dowiedzieliśmy się, że rząd chcąc zmusić ludzi by osiedlali się w innych częściach kraju i zamiast pomocy po prostu odciął dostawy prądu i wody pitnej. Nie trwało to jednak długo, gdyż znaleźli się uparci, którzy mimo tych przeszkód powrócili.


Tego dnia udało nam się przemierzyć kolejne kilometry w liczbie 46. Na nocleg wybieramy sobie małą chatkę za mostem, w połowie zawalona ale udaje się nam wcisnąć namiot a nawet rozpalić ogień. Nigdy wcześniej nie pomyślałbym, by spać w czymś takim, ale podróże kształcą. Na głowę nie kapie, tropik się suszy i namiot nie podmaka od dołu. Czego chcieć więcej.


Wciąż leje, z tą różnicą, że mocniej niż wczoraj. Do użycia wkracza kolejny sprzęt w postaci parasola. Nie podróżowaliśmy jeszcze z takimi wynalazkami ale tym razem naprawdę się przydaje. Na zmianę staramy zatrzymać się jakieś auto ale widać nie każdy kierowca jadący sam w pięcioosobowym aucie wierzy, że dwie osoby więcej różnicy nie stanowią. Kilka godzin cierpliwości i jedziemy 20 km dalej. Miły właściciel firmy budowlanej również nie wierzy, że uda nam się przejechać kilkaset kilometrów do Coyhaique autostopem, ale gdy wysiadamy z auta stwierdza, że wieczorem i tak nas tu pewnie spotka wiec wyśle jednego z pracowników, by zabrał nas do kolejnego miasteczka. Szczęście się do nas uśmiecha i tego samego dnia docieramy aż do La Junta. Pada rekord trasy, 119 km w 9 godzin. To prawie trzy razy szybciej niż piechotą. Cieszymy się tym bardziej, że rozstawiamy nasz domek w kuchni na kempingu.

Po kilku dniach deszczu wychodzi słońce. Pierwsze auto i 248 km. Los wyraźnie daje znaki by porzucić marzenie o przejechaniu całej Carretera Austral aż do Villa O’Higgins, która jest ostatnią osadą ludzką w tym rejonie Patagonii. W sezonie zimowym przejścia graniczne na południu są pozamykane a ostatnie czynne to Chile Chico. Dodam jeszcze, że ciągłe deszcze, które nie dawały nam spokoju przez ostatnie dni, nie nastrajają nas pozytywnie i niewiele nam trzeba by zdecydować o zmianie trasy.

Radość ze słońca nie trwa jednak długo. Jeden pogodny dzień okazał się tylko ciszą przed burzą i gdy w końcu docieramy do Coyhaique zaczyna padać, tym razem śnieg. Utwierdza nas to tylko w przekonaniu, że decyzję podjęliśmy nieomylnie, Do tego Edyta,mój prywatny klimatolog, daje dość szeroki wykład na temat różnic pogodowych w zależności od rzeźby terenu i z nadzieją na to, że uda nam się jutro dotrzeć do Argentyny a co za tym idzie znaleźć się po drugiej stronie Andów i zostawić deszcze Chilijczykom docieramy do Chile Chico. Już tylko kilka kilometrów dzieli nas od słonecznych dni.


Podsumowując całą trasę muszę się przyznać że dumni jesteśmy że udało nam się przejechać łącznie około 640 km i przepłynąć około 130 km w zaledwie 7 dni. Biorąc pod uwagę warunki pogodowe, stan drogi, porę roku a w szczególności ilość aut na drodze wyszło całkiem nieźle. Nie poleciłbym jednak nikomu jechać tędy o tej porze roku. Podobno latem trasa wygląda niesamowicie. Mnóstwo wulkanów i gór po drodze, których zimą nie zobaczycie z powodu ciężkiej i gęstej warstwy chmur przesłaniającej wszystko powyżej 100 metrów od miejsca, gdzie zapewne spędzicie cały dzień w nadziei, że ktoś tędy przejedzie. Plusem jest radość po dotarciu do cywilizacji, że nie utknęło się gdzieś po drodze bez jedzenia, bo o wodę martwić się nie trzeba.


środa, 17 listopada 2010

Tour de Sumatra

Nasz prom wyglądał jak żółty wehikuł czasu. Już na wstępie załoga próbowała wyciągnąć dodatkowe pieniądze za bagaż, ale przezornie odmówiliśmy. Oczywiście opłata ta była wliczona w cenę biletu. O dziwo, mimo nieciekawych warunków wewnątrz, dostaliśmy obiad w postaci smażonego ryżu. Prawie cztery godziny bujania w ciasnym, zamkniętym pomieszczeniu i dotarliśmy do portu Dumai. Sposób rozładunku powalił nas na łopatki. Torby i pakunki były “ślizgane” po desce przerzuconej z burty na pomost. Gdy wchodziliśmy do budynku terminalu za nami rozległ się rumor. Chyba jakaś torba wylądowała w wodzie… Na bilecie wyraźnie było napisane, ze bagaże nie są ubezpieczone i firma nie ponosi odpowiedzialności za żadne uszkodzenia…


W porcie panował niewyobrażalny hałas. Nawoływania, krzyki, dźwięk silników i mnóstwo ludzi biegających tam i z powrotem. Najwyraźniej lokalni orientowali się tu doskonale, ale my, jedyni biali, oszołomieni byliśmy chaosem. Za moment znalazł się bus jadący do centrum, a właściwie to kierowca znalazł nas. Nic to nie kosztowało, pod warunkiem, ze jadąc w dalszą trasę skorzystamy z usług tej samej firmy. Innej opcji póki co nie było, więc zaopatrzyliśmy się po drodze w mapę, zmieniliśmy pojazd na powiedzmy “dalekobieżny” (czyli wyposażony w całe siedzenia, nawet rozkładane!) i ruszyliśmy wieczorową pora wgłąb wyspy. Celem naszym była miejscowość Bukittinggi, oddalona od portu około 360km, położona wśród wulkanów we wschodniej części Sumatry.
Jeśli ktoś ma ochotę narzekać na polskie drogi to polecam przejażdżkę po Sumatrze. Dziury, to mało powiedziane, wyrwy pasują lepiej, a asfalt, który pojawiał się i znikał, bardziej przypominał fale niż powierzchnię płaską. Jadąc więc slalomem, od lewej strony drogi do prawej i odwrotnie osiągaliśmy zawrotną prędkość 20km/h. Z zapowiedzianych 7,5 godz zrobiło się prawie 11. O 3 nad ranem kierowca zatrzymał się na obrzeżach miasteczka i oznajmił, że to koniec. Jak się potem wielokrotnie okazywało tutejsi kierowcy nie mają nawyku kończenia trasy na stacjach. Cóż, do rana jeszcze trzy godziny, pomaszerowaliśmy do centrum i tam zabunkrowaliśmy się w czymś, co przypominało dworzec. Było przynajmniej czysto i sucho. Tak siedząc na schodkach uśmiechnęliśmy się do siebie, bo dotarło do nas, ze właśnie dziś nie dość, że opuściliśmy kontynentalną Azję, to jeszcze przekroczyliśmy równik!!

Rozległ się dźwięk porannych modlitw w pobliskim meczecie i zaczęło świtać. Z czarnej, bliżej nieokreślonej nicości wokół miasta zaczął wyłaniać się pewien kształt. Spowity chmurami, opleciony snującymi się mgłami, w złotym świetle wschodzącego słońca, górując nad całą okolicą stał olbrzymi wulkan. Wyglądał przepięknie.


Ulice zaczęły się szybko zaludniać. Na chodnikach rozlokowały się kobiety sprzedające owoce i warzywa, a ciszę zastąpił warkot silników, dźwięk klaksonów i krzyki sprzedawców. W kraju, gdzie kawa nie kosztuje nawet złotówki można pozwolić sobie nawet na dwie. Nieco ożywieni zasięgnęliśmy języka w informacji turystycznej i po tej wizycie postanowiliśmy zostać tu dwa dni. Ulokowaliśmy się w małym, niedrogim hosteliku. Było tam skromnie ale ten widok… Zamiast dwóch ścian mieliśmy okna, a za nimi – wulkan. Tego dnia mimo zmęczenia poszliśmy na spacer i zobaczyliśmy przepiękna dolinę wyrytą jak w glinie, rozciągającą się u podnóża miasteczka oraz “Japoński tunel”, ponad kilometrowej długości podziemne przejścia. Do tego obiad za pięć złotych i niczego więcej nie było nam potrzeba. Plan na dzień następny był napięty, a komunikacja autobusowa średnio zorganizowana, poza tym mając na uwadze to, że ceny w tym kraju ustalane są na podstawie tego jak wyglądasz i potrafią być bardzo wygórowane (biały=bogaty) więc padł pomysł wypożyczenia motoru…
Pod drzwiami wypożyczalni staliśmy jeszcze przed otwarciem. Nie spodziewaliśmy się, że to takie proste. Płacisz, zakładasz kask i wyjeżdżasz. Poza tym bardzo spodobała nam się cena, 20zł za dzień plus koszty paliwa, czyli około 1,5zł za litr. Nieźle nie? No to dzida!

Na początek wybraliśmy się do jaskiń Indah Cave. Przy skręcie z głównej drogi do naszego miejsca docelowego pojawiła się pani chętna do pobierania opłat za wstęp. Oczywiście bez żadnego uniformu, z dzieckiem na rękach. Cena z początkowych 10000 IDR spadła do 4000 IDR za osobę po protestach z naszej strony. Kiedy my z kolei poprosiliśmy panią o bilecik, w końcu skoro płacimy to wymagamy potwierdzenia za co, żadnego takiego nie miała. Wsiedliśmy na motor i pojechaliśmy. Niestety takie sytuacje zdarzają się tu co krok.
Jaskinie pięknie oświetlone były tylko na zdjęciu, a teraz panował tam mrok. Powoli zagłębiliśmy się w korytarze wypełnione kwiczeniem i furkotem skrzydeł tysięcy nietoperzy latających nam tuż nad głowami. Zapach, a własciwie smród przyprawiał o zawrót głowy, ale było warto, gdyż takich kolonii nietoperzy (obejrzanych w świetle lampy z aparatu) nigdy nie widzieliśmy.


Kolejnym przystankiem na naszej drodze była Harau Valley. Naszym oczom okazała się dolina, pomiędzy której strome ściany wciśnięte były pola ryżowe. Widok, jaki kiedyś mogliśmy zobaczyć tylko w telewizji. Życie najwyraźniej płynęło tam bardzo spokojnie wypełnione ciężką pracą na polach. Zmierzaliśmy ku zapierającym dech w piersiach wodospadom, lecz kiedy dotarliśmy na miejsce okazało się pozostała z nich tylko mokra ściana, z powiedzmy basenem u podnóża oraz schodami donikąd pośrodku. Ehh, no trudno, i tak było pięknie! Stamtąd ruszyliśmy naszym bzykiem zobaczyć pałac oraz domy ze strzelistymi, jak rogi byka dachami dzieło ludu Minangkabau. Przyznam, że takiej precyzji, dbałości o detale i pięknego wykończenia nie widzieliśmy nigdy. Sam pałac, mimo, że był repliką wyglądał imponująco. Zadziwiający był również fakt, że stał na gigantycznych palach, jak z resztą wszystkie inne budynki. Po drodze, w Batu Sangkar mijaliśmy wiele nowych i starych, czasami rozpadających się już domów i wszystkie miały te cudowne dachy i rzeźbione ściany. Kraina jak z bajki. Nawet trafiliśmy na zajęcia sztuk walki dla dzieci. Niestety pogoda popsuła nasze plany i zamiast nad jezioro musieliśmy zawracać do miasteczka. Nie było to niestety łatwe, zachmurzyło się, zaczął zacinać deszcz i zrobiło się bardzo zimno. W połączeniu z jazdą na motorze, zapadającym zmrokiem i przeraźliwie zatłoczonymi drogami nie było to przeżycie zaliczane do najprzyjemniejszych. Po niesamowicie długiej drodze powrotnej, cali w wyziewach z rur wydechowych przestarzałych ciężarówek, ledwo zipiących autobusów i busów przeróżnej marki, opryskani błotem, skąpani w kałużach i druzgocząco zmarznięci dojechaliśmy do wypożyczalni, by oddać motor. Mimo wszystko, było super!


Następnego dnia postanowiliśmy pojechać niewiele dalej, mianowicie nad dwa, nieco wyżej położone jeziora i tam spędzić noc. Jednak nie wzięliśmy pod uwagę, że w Indonezji nic nie jeździ na czas, a poza tym nawet jak już jedzie, to nigdy nie wiadomo kiedy dojedzie. Dlatego wylądowaliśmy w małym miasteczku tuż przed nadejściem nocy. Dworzec był wyludniony i żaden autobus nie jechał w pożądanym przez nas kierunku. Sprawdziliśmy ceny jedynego, najbliższego hotelu i wcale nie były one zachęcające. Ciekawie to nie wyglądało. Kiedy tak szliśmy po prostu przed siebie szukając innego lokum, zatrzymał się samochód z propozycją zawiezienia nas do innego hotelu. Przezornie zapytaliśmy o cenę, nie chcąc przepłacać i kierowca pokazał nam trzy palce. Ok, za trzy tysiące (mniej więcej 1PLN) mogliśmy jechać, zwłaszcza, że to cena standardowa na niewielkich miejskich dystansach). Kiedy wysiedliśmy, Paweł zapłacił panu, a ten zaczął na nas krzyczeć. Sytuacja zrobiła się bardzo nieciekawa. Kierowca żądał 30000, czego my z pewnością nie chcieliśmy mu dać. Przesadzał i to zdrowo. Za dwa bilety autobusowe z innego miasta zapłaciliśmy 24000. Poza tym cena hotelu również nie była w zasięgu naszych możliwości - 300 tys. W końcu doszło do tego, że nie chciał już żadnych pieniędzy, chyba się obraził. A my, wciskając mu te trzy tys. odeszliśmy stamtąd w ciemną noc. Tęgich min nie mieliśmy. Miasteczko rozwleczone było niezmiernie, bardziej wyglądało jak większa wioska. Co chwila ktoś zatrzymywał się, aby zagadać, zewsząd dobiegały nas krzyki "helo mister". Byli niesamowicie natrętni i zupełnie nie pomocni. Potrzebny nam był jedynie mały skrawek miejsca na namiot, ale w kraju, gdzie każdy centymetr gruntu jest dżunglą, polem ryżowym albo domem były to chyba zbyt wygórowane marzenia. Raz już byliśmy blisko sukcesu, zapytaliśmy ludzi o możliwie najbliższy i najtańszy hotel, coś mówili, że dalej i że chętnie nas zawiozą na motorach, oczywiście za opłatą, stawiając większy nacisk na kwestię podwiezienia niż pokazania hotelu. Zrezygnowaliśmy. Nie mieliśmy czasu i ochoty na powtórkę historii sprzed zaledwie kilku minut.
Idąc tak trochę bez celu podjechał kolejny motocyklista z kolejnym "helo mister". Stwierdził, że możemy spać u niego w domu, że mieszka sam. Hmmm, zastanawialiśmy się , czy mu zaufać. Czasem w dziwnych sytuacjach zaufanie komuś zupełnie obcemu przychodzi łatwiej, czasem trudniej. Tym razem było już ciemno, wszyscy chcieli wzbogacić się naszym kosztem, a my nie czuliśmy się w tym miejscu zbyt pewnie. Odmówiliśmy mieszkania, ale zapytaliśmy o miejsce na namiot. Odparł, że nie ma problemu. Lepsze to niż nic. Mijaliśmy kolejne ulice i skrzyżowania, powoli zgiełk miasta pozostawał w tyle, latarni było coraz mniej...a my szliśmy i szliśmy, tylko dokąd? Tego było już na wiele, zawołaliśmy naszego "przewodnika" z zamiarem poinformowania go, że my wracamy. Jednak on gestem wskazał nam domek nieopodal. Wytłumaczył, ze to dom jego przyjaciół. Tuż obok był skrawek trawy w sam raz na nasz namiot. Uff!!!


Z ulgą zaczęliśmy rozkładać rzeczy, a wokół nas zaczęli pojawiać się coraz to nowi ludzie. Im więcej namiotu rozbiliśmy, tym więcej i więcej ich było. Otoczyli nas tak ciasnym kręgiem, że nie mogliśmy nawet przejść dookoła, aby napiąć naciągi! Robili zdjęcia, dotykali nas, zagadywali po swojemu, a dzieciaki szczekały i popiskiwały ku swej wielkiej uciesze, widząc nasze zdziwione miny. W przeciągu 10 min. Zebrała się około setka ludzi. Przychodzili pieszo, przyjeżdżali motorami, a każdy samochód stawał na poboczu drogi. Jakiś koszmar. Nie było szans na spokojną noc! W pewnym momencie podeszła do nas kobieta, mówiąca po angielsku. Powiedziała, że to nie jest dobry pomysł, aby spać w tym miejscu, i że zabierze nas do swego domu. Kiedy zapytaliśmy za ile, stwierdziła, że nie chodzi jej o pieniądze, a jedynie o pomoc dla nas. Nie myśleliśmy długo, jak najszybciej spakowaliśmy się i najpierw Paweł na motorku z jej bratem, potem ja i ona odjechaliśmy z tego dziwnego miejsca.
W drodze uprzedziła, że dom nie jest najpiękniejszy i dużo zaoferować nam nie może, ale ufa, że to wystarczy. Absolutnie nie mieliśmy z tym problemu. Rzeczywiście był to prosty budynek, zmontowany z desek, blachy i wszystkiego innego. Przyłączony do niego był mały bar, w którym kobiety przyrządzały posiłki na sprzedaż.
Dziewczyna miała na imię Sylvi i byłą muzułmanką. Opowiedziała, że kiedy siedziała w domu i czytała Koran, przybiegł jej młodszy brat z wieścią, że widział białych turystów i wielkie zbiegowisko. Sylvi bez wahania stwierdziła, że musi nam pomóc. Zdawała sobie sprawę, że nie zaznamy tej nocy spokoju w miejscu, w którym chcieliśmy spać, z jednego prostego powodu. Mianowicie, do tego miasteczka nie zajeżdża żaden turysta, podróżnik, a Ci wszyscy gapie stali tam, bo zobaczyli białego turystę po raz pierwszy w życiu.
Jeszcze tej samej nocy musieliśmy pojechać do Lidera społeczności, ponieważ Sylvi miała obowiązek poinformowania go, że ma gości. Byliśmy nieco zdziwieni, ale spiliśmy razem herbatkę i wróciliśmy na durianową ucztę!
Nadeszła chwila, która nie miała nadejść nigdy. Nie mieliśmy w planach próbować durianów. Ich silny zapach nie przypadł nam do gustu, ujmując to delikatnie. One po prostu śmierdziały. I nikt nie zdołał nas przekonać, że są słodkie i smaczne... Jednak dziś nie mogliśmy odmówić.
Paweł pierwszy, już widziałam po minie, że dobrze nie jest. Po kawałku uznał, że wystarczy. Ja wstrzymałam oddech, aby nie czuć zapachu i ugryzłam. O mało zawartość mego żołądka nie ujrzała świata. Jak dla mnie, smak przypominał najgorszy syrop z cebuli jaki w życiu piłam! Paweł był troszkę bardziej przychylny, ale to tylko dlatego, że jako dziecko lubił syrop z cebuli. Więcej już nie przełknęliśmy.
Rankiem, sprawdziliśmy rozkład jazdy autobusów dalekobieżnych. Zmierzaliśmy w stronę Javy. Około 13 pojawił się nasz autobus, ale przedtem, mama Sylvi zadbała, abyśmy nie wyruszyli z pustymi żołądkami, oraz aby te żołądki były pełne również podczas jazdy, pakując nam ryż i rybę. Byliśmy im tacy wdzięczni za pomoc. Po raz kolejny trafiliśmy na cudownych ludzi! I jak tu nie wierzyć, że Ktoś nad nami czuwa?

Ale jak wiadomo, "co za dużo, to nie zdrowo", albo "równowaga w przyrodzie musi być",bo kiedy dojechaliśmy do Lubuklinggau późną nocą, nie mieliśmy gdzie spać. Wysadzili nas gdzieś za miasteczkiem, w przydrożnej restauracji. Padał deszcz. Ludzie próbowali nam pomóc, oferując, że zabiorą nas do hotelu za "jedyne" 100tys (to dużo za dużo). Kiedy odmawialiśmy, mimo tego, że zeszli z ceny, stwierdzili, że podwiozą nas za darmo. Uuuuuu. Tego jeszcze nie w tym kraju nie było. Pojechaliśmy w poszukiwaniu taniego hostelu. Pierwszy był pełny, drugi był również pełny, tak jak trzeci, czwarty i piąty, z tym wyjątkiem, że ten był horrendalnie drogi. Poprosiliśmy, żeby wysadzili nas na posterunku policji. W końcu, dlaczego by nie zapytać tam o nocleg. Policjant popatrzył, porozmawiał z kierowcą i rzekł, żebyśmy wracali do restauracji, że tam będzie bezpiecznie poczekać do rana. Rad nie wola zabraliśmy się z powrotem i ślęcząc przy stoliku z kawą przekiwaliśmy się do świtu. Teraz tylko 10km do miasteczka i ruszamy pociągiem dalej.

A kolej tutaj szałowa nie jest. Są trzy rodzaje pociągów. Economy, bussines i excecutive. Ostatni jest wyposażony w wygodne fotele, do wagonu nikt oprócz pasażerów nie ma wstępu, chłodek zapewnia klima. Bussiness nie jest już tak wygodny i elegancki, wszyscy łażą po wagonie i klimy już brak. Economy z kolei, rzeczywiście jest ekonomiczny ale wszyscy, z gigantycznymi torbami pełnymi warzyw, owoców, śmierdzących durianów wsiadają do jednego wagonu, w którym wiadomo, nie ma co się nawet spodziewać klimatyzacji, a wszystkie wiatraki dziwnym trafem nie działają. Zatrzymuje się na każdej stacji, a nawet i bez stacji, a w środku non stop kursują ludzie sprzedający jedzenie, picie i wszystko inne. Żeby nie było nudno, co 10 min jakaś grupa z gitarą lub czymkolwiek nadającym się do grania przechodzi i trąbi do ucha z nadzieją na zapłatę. Ponadto w powietrzu można siekierę zawiesić, bo palenie papierosów to tutejsze hobby narodowe. Czyli economy do Prabumulih ,jak nam powiedziano 5 godz max.
Kłamali! Spędziliśmy w tej metalowej puszce prawie 8. Oprócz wyż. wym. atrakcji mieliśmy gratis w postaci chłopaka w różowej obcisłej sukience i jego chłopaka (siedzieli na przeciwko), oraz pewnej dziewczyny niezdrowo napalonej na Pawła, która stwierdziła, że jest on tak przystojny i ma tak piękny nos, że chce z nim wracać do Polski.... Poza tym jesteśmy gwiazdami indonezyjskiego facebooka, bo codziennie minimum kilka osób pytało nas, czy mogą sobie z nami zrobić zdjęcie, szepcząc pod nosem "facebook", czego również nie omieszkali zrobić wszyscy siedzący obok w pociągu. Taa... było ciekawie!

Jako, że trochę musieliśmy pospieszyć przez tą Sumatrę, a jest ona taaaaaka wielka, jeszcze tego samego dnia przesiedliśmy się na nocny pociąg, tym razem bussiness (economy w nocy nie jeżdżą). Najgorszy jednak był zakup biletów. Zanim okienko zostało otwarte dla ogółu podróżnych , dopadli do niego kolesie, niektórzy o nieciekawej aparycji ubrani w skórzane kurtki, ba i czasem mokasyny. Coś wyglądało znajomo. Wykupywali bilety masowo, po czym odsprzedawali je za wyższą cenę! I było to dla wszystkich tak normalne i oczywiste, jak to że w nocy jest ciemno. Co kraj, to obyczaj. Dopchaliśmy się w końcu i my, na szczęście biletów starczyło. Nie patrząc już na nic, przymykając oko na to, że pociąg spóźnił się dwie godziny, przypięliśmy bagaże i ułożywszy się w miarę na połamanym fotelu, zasnęliśmy.
Dziki ryk, i brzdęk obudził nas rankiem. Chłopcy z gitarkami zaczęli swoje show na nowo...
Ale byliśmy już niedaleko. Wysiedliśmy, rozprostowaliśmy kości i w kafejce internetowej okazało się, że znajomi z Węgier, Dori i Balazs, którzy aktualnie mieszkają na Borneo, są na Javie i będą tam jeszcze ponad tydzień. Koniecznie trzeba się spotkać! Jednak najpierw musieliśmy nieco odpocząć, ostatnie dni naszego rajdu były wyczerpujące. Zostaliśmy na noc w Kaliandzie, skąd wypływają wycieczki, by zobaczyć słynny wulkan Krakatau. Myśmy nie skorzystali z super oferty wydania paru stówek, by zrobić kilka zdjęć.

Do przeprawy promowej pozostało nam około 20-30km. Złapaliśmy pierwszy, lepszy autobus jadący w tamtą stronę. Z zewnątrz wyglądał całkiem normalnie, ale gdy tylko weszliśmy do środka coś było nie tak. Podróżni ściśnięci byli w pierwszej połowie,a druga świeciła pustymi siedzeniami. Tam się skierowaliśmy i stało się jasne dlaczego. Siedzenia owe, całe nie były, a niektóre zamiast na nóżkach, stały na cegłach i machały się przy każdym ruchu autobusu. Ponadto z dachu, i z każdego wywietrznika ciekło strumieniami, więc prawie wszystkie fotele były mokre. Przykryliśmy plecaki folią, ja usiadłam na brzeżku siedzenia, a Paweł na plastikowym stołeczku pośrodku. Wystarczyło rozejrzeć się, by wiedzieć skąd ta woda w środku. Jak by to ująć, dach z tyłu autobusu niefortunnie musiał się zapaść, bo podtrzymywały go metalowe, przyspawane słupy, ale wszystkich powstałych dziur nie załatano więc warto było jeździć tylko w słoneczne dni. Eeee 30km zleci raz, dwa i wysiądziemy. Ale minęła godzina, a my wciąż w drodze, drugą spędziliśmy na staniu w gigantycznym korku, trzecią posuwaliśmy się z prędkością mniejszą niż spacerowa i przy końcu czwartej dotarliśmy do portu. Nic dodać, nić ująć - Sumatra!
O dziwo, zobaczyliśmy trójkę białych turystów. Pierwszy raz od miasteczka Bukittingi, ale załapali się na wcześniejszy prom i nie mieliśmy okazji porozmawiać. Zrobiło się późno, obawialiśmy się , czy dotrzemy do miasta Bogor na Javie, gdzie czekali na nas Dori i Balazs, o rozsądnej porze, i czy będzie czym tam dotrzeć. Na dodatek szybkie promy już nie pływały i zamiast jednej godziny, musieliśmy spędzić na rozklekotanym statku trzy. Doliczając standardowe już opóźnienia plus czterokrotne próby wejścia do portu po drugiej stronie. Tak, było bardzo późno.