Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Malezja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Malezja. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 stycznia 2012

Kuala Lumpur po raz n-ty :)

Kilkanaście godzin w samolocie i znów jesteśmy w tropikach. Tym razem nie jest aż tak gorąco. W sezonie deszczowym temperatura utrzymuje się w okolicach 30 stopni :) Jednak nie miejsce, ani pogoda skusiła nas by zatrzymać się tu na kilka dni. Chcieliśmy odwiedzić naszą rodzinkę, która gościła nas przez 3 miesiące ostatnim razem. Wiemy już że Jeeva przeprowadził się do Australii, ale jego mama Prima i siostra Anusyiah wciąż mieszkają w Kuala Lumpur i miło było by się z nimi zobaczyć. Miasto znamy już od podszewki więc czujemy się jak w domu. Nie musimy też nikogo pytać o drogę lub jak dostać się z lotniska do centrum, miłe uczucie. W końcu stajemy w drzwiach znajomego mieszkania na 11 piętrze. Serdeczne powitanie i mnóstwo opowieści z ostatniego roku. Rozglądam się po mieszkaniu i kilka różnic rzuca mi się w oczy. Nie ma już węży, które znalazły innego właściciela po wyjeździe Jeevy i uwaga prysznic z gorącą wodą. Hmmm. Nie wiem po co gorąca woda w tym mokrym i upalnym kraju ale Anusyiah wydaje się być zachwycona tym faktem. Ja zostaję jednak przy zimnej. Kilka kolejnych dni w KL i znów spakowani w ciasnym samolocie do Singapuru i kolejnym do Perth.

sobota, 6 listopada 2010

Deepavali

Po tym jak nie udalo sie nam zdazyc na prom do Indonezji, wrocilismy do domu Premy i Jeevy. Nawet nie rozpakowalismy plecakow z mysla, ze nastepnego dnia, juz duzo wczesniej wyjdziemy, by tym razem zdazyc. Okazalo sie, ze niekoniecznie. Jeeva po powrocie z pracy stwierdzil, ze nie nie mozemy teraz wyjechac poniewaz za kilka dni rozpoczyna sie Deepavali czyli Swieto Swiatla, najwazniejsze Swieta Hindusow. Z niemalymi rozterkami porozmawialismy z Prema. Mieszkalismy juz se soba ponad dwa miesiace, przyzwyczailismy sie do siebie, polubilismy. Byloby niezrecznie i glupio zmyc sie wlasnie teraz. Postanowione! Spedzamy Swieta razem, ku uciesze wszystkich zgromadzonych.

Dni poprzedzajace Deepavali spedzilismy starajac sie byc uzyteczni. Pomagajac przy sprzataniu, gotowaniu. Mielismy namiastke naszego Bozego Narodzenia, pzynajmniej jesli chodzi o prace domowe. W wigilie Swiat wszyscy spakowalismy potrzebne rzeczy i pojechalismy do siostry Premy – Vicci, u ktorej co roku zbiera sie rodzina na kilka dni. Zeby wszystko bylo jak nalezy, dostalismy nawet odpowiednie stroje. Pawel specjalna, biala koszule, a ja, oczywiscie pozyczony od Anusyiah „punjabi suit”. W te noc kobiety zebraly sie w kuchni, by szykowac specjaly, a mezczyzni spedzali czas w meskim gronie, grajac w karty lub saczac whisky. Sen byl krotki i trwal zaledwie kilka godzin. Jak sie okazalo Prema nie spala wcale, poswiecajac sie gotowaniu oraz usypywaniu specjalnego znaku z kolorowego ryzu przed wejsciem do domu. O poranku zapanowal maly rwetes. Kazdy musial sie wyszykowac a goscie powoli zaczeli sie zbierac. Na poczatku mielismy obawy, czy bedziemy tam pasowac, czy atmosfera nie bedzie sztuczna. NIepotrzebnie. Wszyscy emanowali cieplem i serdecznoscia. Pawel zaglebil sie w rozwiazywanie lamiglowek zadawanych mu co raz przez seniora rodu, a mnie pochlonely rozmowy z wszystkimi obecnymi ciociami.
Podano obiad. Tradycyjnie, na lisciach bananowca. Rownie tradycyjny byl sposob spozywania, czyli rekoma. Na szczescie mielismy wczesniej praktyke w tej dziedzinie. Ale nie jest to wcale takie latwe, na jakie wyglada. Najciekawsze byly jednak tance. Popoludniowa sielanke najpierw zaczely urozmaicac namlodsze dziewczynki, pieknie tanczac w rytm tamilskiej muzyki. Po jakims czasie, starsze zamienly machanie noga na plasy na parkiecie. A potem, ku naszemu ogromnemu zdziwieniu (tego w Polsce nie uraczysz!) wystartowali chlopacy. Dawali rade! Co to byla za zabawa! Chyba nie musze pisac, ze my tez dolaczylismy do reszty ku wielkiej uciesze caaalej rodziny.

Leniwy dzien nastepny uplywal na jedzeniu, podjadaniu slodyczy i ogladaniu filmow,a wieczorem wszyscy (czyli ponad 20 osob) zapakowalismy sie do samochodow i pojechalismy do kina. Na nieszczescie dla nie bylo angielskich podpisow. Pozostalo nam ogladanie na ekranie kolorowych strojow oraz wysluchiwanie niekonczacych sie dialogow przez trzy godziny...
Po filmie pozegnalismy sie z ciocia Vicci i wrocilsmy do domu. Myslelismy, ze sobota uplynie nam w ciszy i spokoju, ale pozostalo jeszcze wiele domow do odwiedzenia, wiec na przygotowanie do wyjazdu pozostala tylko niedziela.
Nieco poddenerwowani, w koncu przeciez to ostatnia noc w „naszym domu” w Malezji, spakowalismy sie i poszlismy spac z nadzieja, ze jutro opuscimy kontynent.