Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Patagonia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Patagonia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 lipca 2013

Torres del Paine

Wszyscy znają dowcipy o Polaku, Rusku i Niemcu. Opowiem wam inny, o trzech takich co drzewa w Parku Narodowym Torres del Paine zasłaniały im widok na góry. Pierwszy, nie wiem skąd, spalił 150 km² parku, drugi - Czech, był lepszy, 155 km² lecz trzeci - Izraelita, pobił wszystkich, 176 km². Ci trzej panowie powinni podjąć pracę jako eksperci przy deforestacji. Łącznie puścili z dymem 481 km² lasów w jednym z najpiękniejszych miejsc na ziemi. To całkiem niezły wynik jak na 1810 km² parku, przy czym nie cały obszar porośnięty jest lasem. 

Przygotowania do wyjścia w góry zaczęliśmy od znalezienia informacji w necie na temat panujących tam warunków pogodowych. Większość opisywanych przygód z Torres del Paine informowała, że jeśli na siedem dni trekingu ma się trzy dni słońca, można uznawać się za szczęściarza. Według prognozy pogody dobre warunki miały trwać tylko przez następne dwa dni. No cóż, nie przemierzaliśmy tysięcy kilometrów by zrezygnować. Wyliczyliśmy racje żywnościowe na każdy dzień i dodaliśmy coś ekstra na dwa dni w razie czego. Może zabrzmi to dość dziwnie ale góry Patagonii to nie Bieszczady. Latem to miejsce jest dość bezpieczne ale zimą wszystko na szlakach jest pozamykane i naprawdę trzeba się przygotować jak do wyprawy. Zrobiliśmy nawet nasze własne ciasteczka energetyczne ze stopionych karmelków i musli mając nadzieję, że coś pomogą. Wszystko było przygotowane.

Dzień 1
Wyruszyliśmy oczywiście na stopa. Do parku było około 100 km za które firmy przewozowe życzą sobie około 100 PLN za osobę w jedną stronę. To jakiś żart. Zmowa cenowa w Argentynie to powszechność. Każda firma podaje identyczne ceny więc nie ma mowy o konkurencji. Transport publiczny działa tylko dla lokalnych, bo za każdym razem gdy pytaliśmy, odpowiedź była jedna, nic nie jeździ w tym terminie, mimo że na rozkładzie jazdy wyraźnie podane były daty i czasy odjazdów autobusów. No nic, kijek im w oko albo poniżej. Po kilku godzinach dostajemy się do bramy parku gdzie za wejście bulimy „jedyne” 140 PLN. Dowiemy się na koniec czy było warto. Gdy po całym procesie rejestracji udało nam się wyruszyć na szlak było już dość późno. Na nocleg wybraliśmy więc kamping Las Carretas, (nie ma mowy o noclegach na dziko) 2 godziny marszu więc prawie tyle, ile zostało do zachodu słońca. Po dotarciu na miejsce okazało się, że nie jesteśmy sami. Przygotowanie kolacji odbyło się w towarzystwie kilku ciekawskich myszy, które tylko czekały aż coś spadnie na ziemię. Cały prowiant powiesiliśmy na sznurku na najbliższym drzewie, by mieć co jeść przez kolejnych kilka dni.

Dzień 2
Rankiem okazało się, że sprytne myszy zadbały w nocy o to, byśmy nie musieli przemęczać się nadmiernym ciężarem naszego pożywienia podczas dalszej wędrówki. Trudno, jakoś damy radę. Ruszyliśmy dalej i powoli wspinaliśmy się coraz wyżej. W miarę upływających kilometrów i zwiększającej się wysokości widoki coraz bardziej zapierały dech w piersi, aż do czasu gdy dotarliśmy do Refugio Paine Grande. Kolosalne schronisko czy raczej hotel, przygotowany na przyjęcie mnóstwa turystów w sezonie letnim, szpeci swym wyglądem przepiękne otoczenie. Na nasze szczęście w zimę zamknięty jest na cztery spusty. Minęliśmy to coś szerokim łukiem i toczyliśmy się dalej w górę. Około południa trafiliśmy na niesamowite oczko wodne. Przy bezwietrznej i słonecznej pogodzie sprawiało wrażenie jakby było zmienione w ogromne lustro. To był nasz drugi dzień bardzo dobrej pogody czyli według wszystkich przeczytanych relacji zostawał nam jeszcze jeden dzień bez deszczu. Tej nocy docieramy do Refugio Grey. Miał być nocleg w namiocie na kampingu ale stróż, młody koleś palący blanta za blantem zaproponował nocleg w pokoju kolejnego brzydkiego hotelu za tą samą cenę co miejsce pod namiot. Czemu nie ?

Dzień 3
Wstaliśmy jeszcze przed wschodem słońca. Zostawiliśmy plecaki w pokoiku i popędziliśmy zobaczyć lodowiec, którego czoło schodziło wprost do jeziora Grey. Ta masa lodu spływająca wprost do wody, zmieniając kolory od białego do ciemno niebieskiego, wygląda tak niewinnie, że aż ciężko uwierzyć, że jest przyczyną powstania dość głębokiej doliny. Na jeziorze powoli dryfowały kawałki lodu. Pisząc kawałki, mam na myśli części lodowca o rozmiarach aut a nawet domów, a to tylko czubki wystające ponad wodę. Tego dnia czekało nas jeszcze kilka kilometrów a słońce w Patagonii zachodzi dość wcześnie, szczególnie zimą. Mieliśmy zamiar dojść do kolejnego obozu - Italiano. Niby to niedaleko bo około 20 km, ale przekonaliśmy się już, że poziomice na mapie kłamały, więc nie wiedząc co nas  czeka maszerowaliśmy dzielnie dalej. Tak jak przewidywała prognoza pogody, zaczęło się psuć. Silny wiatr i warstwa chmur pokrywająca niebo towarzyszyły nam przez cały dzień, aż do wieczora.
W Campamento Italiano zobaczyliśmy w końcu człowieka, a właściwie jego namiot. To był znak, że nie jesteśmy tu sami. Namiocik rozbiliśmy na podeście, bo czemu by nie ? Zawsze to jakaś izolacja od ziemi, mimo że w parku było dużo cieplej niż na otwartych przestrzeniach Patagonii.

Dzień 4
Zafundowaliśmy sobie mały odpoczynek. Chcieliśmy dojść tylko do punktu widokowego powyżej Campamento Britanico więc około 6 godz. w dwie strony. Bez bagażu było dużo łatwiej i szybciej. Pogoda znów dopisywała więc prognozy kłamały, na nasze szczęście. Na punkcie widokowym zachwyt! Zupełnie inny krajobraz niż przez ostatnich kilka dni. Po opuszczeniu piętra wegetacji wokół nas rozciągał się widok łysych ścian skalnych, na czubkach pokrytych śniegiem i lodem. Od czasu do czasu było słychać grzmoty schodzących lawin z pobliskiego szczytu Cumbre Principal. Podczas drogi w dół zatrzymaliśmy się na chwilkę by podziwiać masy śniegu i lodu sypiące się ze szczytów. Lawiny widzieliśmy już wcześniej w Nowej Zelandii ale to co zobaczyliśmy w tym miejscu przerastało poprzednie. Tam też narodził się nowy pomysł. Przyznam że niezbyt mądry ale co tam, raz się żyje. Mianowicie, po prawej stronie szlaku, za rzeką, schodził lodowiec Frances. Ów pomysł polegał na tym by podejść do jego czoła i po raz pierwszy w życiu dotknąć go. Ot tak po prostu. Edyta była dość sceptycznie nastawiona do całego planu. Starała się przemówić mi do rozsądku i tłumaczyła że to bardzo niebezpieczne. Lodowce są w ciągłym ruchu choć tego nie widać, i od czoła raz po raz odrywają się potężne bloki lodu ważące tony. Nie udało jej się mnie przekonać. Wieczorem przy namiocie zapewniłem że podejdziemy tylko na taką odległość, by móc zrobić kilka zdjęć i nie będziemy narażać się dla zabawy.

Dzień 5
Znów pobudka przed świtem, szybka kawa i kanapka. Idziemy do lodowca ! Przyznam, że byłem naprawdę podekscytowany. Kiedy w końcu stanęliśmy przed ścianą lodową wysoką na 15 metrów, poczułem respekt. Mieliśmy dojść tylko na bezpieczną odległość ale wiedziałem że tak nie będzie. Edycie strach ustąpił miejsca adrenalinie. Podeszliśmy tak blisko by móc go dotknąć. Ciężko mi opisać uczucie towarzyszące tej chwili. Lodowiec widziany z daleka nie wygląda tak potężnie, a cała zastygła masa wydaje się być jednolita w swej strukturze. Dopiero z bliska przekonaliśmy się, że wcale tak nie było. Niektóre fragmenty są smukłe i gładkie, gdy inne tuż obok był bardziej chropowate z mnóstwem uwięzionych wewnątrz pęcherzyków powietrza. Do tego wiadomo, że sam lodowiec buduje się od góry, więc to co jest na jego przedzie, prawdopodobnie ma setki a może nawet tysiące lat. Nie wiem tego dokładnie więc nie chcę kłamać, ale to co wiem, to że na pewno jest bardzo stare. W pobliżu małej rzeki wypływającej spod tej plastycznej masy było mnóstwo lodowego gruzu powstałego po oderwaniu się jej części. Pozwoliłem sobie na zabranie jednego małego kawałka, by po stopieniu zaparzyć nam kawę na tej wiekowej wodzie.
Reszta dnia minęła na dość długim marszu do kolejnego obozowiska. Powoli zbliżaliśmy się do momentu, gdy w końcu zobaczymy trzy ściany flagowych dla tego parku Torresów.

Dzień 6
To było wręcz niesamowite. To już szósty dzień dobrej pogody. Na szlaku wciąż niewielu ludzi, bo nie licząc dwóch pracowników parku, do dziś dnia spotkaliśmy tylko trzy osoby. Czuliśmy się jakby cały ten obszar był tylko dla nas. Po dotarciu do Campamento Torres, bazy wypadowej do stóp samych Torresów uznaliśmy, że z zobaczeniem tych ścian poczekamy do dnia następnego. Tym czasem krótki spacerek do bazy wspinaczkowej na końcu szlaku.
Wieczorem dołączyło do nas dwóch młodych kolesi, więc nie byliśmy już sami. Mimo zakazów rozpaliliśmy mały ogień, by było miło.

Dzień 7
Wstaliśmy zbyt późno. Do wschodu słońca zostało tylko 30 minut, a szlak do stóp Torresów to około godziny marszu non stop pod górę. Wyskoczyliśmy z namiotu jak poparzeni i całą trasę przebiegliśmy. Na miejscu, mimo tego, że mało nie wypluliśmy płuc i spoceni byliśmy jak szczury, byliśmy na czas. Spektakl właśnie się zaczął. Wstające słońce oświetlało trzy potężne ściany skalne przypominające zęby wyrastające z ziemi. Torresy wydawały się płonąć czerwonym ogniem. Nie trzeba używać Photoshopa by uzyskać piękne zdjęcia. Cały ten widok był dla nas ukoronowaniem wędrówki i cieszyliśmy się, że zostawiliśmy to sobie na koniec. Prawdziwa wisienka na torcie.
W tej jednej chwili, uznałem że po sześciu latach bycia z Edytą to miejsce i ten czas okazał się idealny do  rozpoczęcia nowego rozdziału w naszym związku :)




Podsumowując
Cały szlak nazwany „W” zajął nam 7 dni. (ponad 120 km ale nie spieszyliśmy się zanadto)

7 dni dobrej pogody (to chyba nagroda za trudy w dotarciu do tego miejsca).

W ciągu 7 dni spotkaliśmy tylko 7 turystów (ponoć latem tworzą się kolejki na szlaku).

Pogoda zepsuła się dopiero gdy opuściliśmy teren Parku i stanęliśmy na drodze by złapać autostop. 


środa, 3 lipca 2013

Na Południe...

Polak to uparte stworzenie. Staliśmy więc jak te dwa matołki i zastanawialiśmy się czemu nic nie jedzie. Chcieliśmy jak najszybciej opuścić to koszmarne miasto Gobernador Gregores i wrócić na Rutę 40 a tu nic. Ani jedno auto. Nie poddaliśmy się jednak i w ten oto sposób spędziliśmy cały dzień przy drodze. Pod wieczór pewna para uświadomiła nas, że dalsza nasza podróż tą trasą jest niemożliwa, chyba że mamy ochotę  na kilkuset kilometrowy marsz. To nie wchodziło raczej w grę. Otrzymaliśmy zaproszenie na obiad i mogliśmy spędzić noc w ich ogrodzie. Nad ranem Helen podrzuciła nas na drogę wylotową ale tym razem nie na Rutę 40. Ponoć na tej trasie mieliśmy dużo większe szanse. Tak też było. Już po kilku minutach zatrzymał się koleś, który dzień wcześniej podwiózł mnie do sklepu. Jak miał więc nas nie zabrać? Chyba mu się spieszyło bo pędził jak szalony (190 km/h). To nasz rekord prędkości autostopem, który do dziś nie został pobity przez innego kierowcę. I tak oto podążaliśmy przed siebie zmieniając auta i kierowców by jak najszybciej dostać się do Ushuaia, miasta położonego na samym końcu świata. Podczas tego rajdu zatrzymaliśmy się w kolejnym nieciekawym miejscu, Rio Gallegos, ostatnim dużym mieście przed Cieśniną Magellana . 

Zapowiadał się spokojny wieczór i tak też było aż do momentu gdy podczas rozmowy z rodziną dowiedzieliśmy się, że moja siostra zmieniła nieco swoje plany i zamiast za rok, wychodzi za mąż za kilka tygodni! Jak obuchem w łeb. Nie wiedzieliśmy co mamy robić. Ważne wydarzenie w jej życiu a nas miało zabraknąć... Z drugiej zaś strony, jeśli polecielibyśmy do Polski nie stać by nas było na powrót do Ameryki Południowej i na kontynuację podróży. Jakoś jednak wspólnie z całą rodziną wybrnęliśmy z tej patowej sytuacji. Zarezerwowaliśmy więc bilety i ruszyliśmy dalej. 

Następnego wieczora wylądowaliśmy w jeszcze większej dziurze - Rio Grande i to w nocy. Nie było nam do śmiechu gdy kierowca tira wysadził nas na stacji benzynowej. Nie mamy nic przeciwko spaniu przy stacjach tylko że ta znajdowała się w samym centrum miasta. Maszerowaliśmy tak sobie na obrzeża z nadzieją, że znajdzie się jakieś ciche miejsce na namiot, gdy nagle pewien młody koleś zaprosił nas do domu swego przyjaciela. Troszkę podejrzana sprawa ale zaufaliśmy instynktowi i skorzystaliśmy z zaproszenia. Nie pożałowaliśmy. Po kilku minutach grzaliśmy się przy piecyku popijając mate z Totim, Gusem i Alberto w domu, który Alberto zbudował sam własnymi rękoma. Noc spędziliśmy co prawda w namiocie rozbitym w szklarni bo chatka miała tylko jedną izbę ale i tak było cieplej niż na zewnątrz. 
Dnia następnego dotarliśmy w końcu do Ushuaia. Radości nie było granic bo nie było jej wcale. Nie spodziewaliśmy się tego co zobaczyliśmy. Najdalej wysunięte na południe świata miasto nie miało za grosz klimatu. Tłumnie odwiedzane przez tysiące turystów, nie reprezentuje sobą nic ciekawego. Kilka uliczek wyglądających jak pomieszanie wioski alpejskiej z industrialnym miastem, potężny port i mnóstwo fabryk. Szczerze odradzamy wizytę w tym miejscu. Po prostu gra nie warta świeczki. Całe szczęście, że byliśmy już na południu Argentyny a stąd już tylko krok do Puerto Natales i do parku narodowego Torres del Paine. 

Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze w Punta Arenas, gdzie poznaliśmy Francisco, hosta z CS u którego spędziliśmy kilka dni na wspólnym gotowaniu i rozmowach do baaardzo późnych godzin.  Francisco jest kartografem więc Edyta, miłośniczka map była naprawdę zadowolona, kiedy odwiedziliśmy jego miejsce pracy. Po dotarciu do Puerto Natales znaleźliśmy jak zwykle najtańszy hostel w mieście. Nie był to szczyt sezonu,więc cały budynek był pusty. W tym przypadku nie tyle mieliśmy prywatny pokój, co cały prywatny hostel. Do tego właściciel zostawi nam klucze, na wypadek, gdybyśmy wrócili z parku podczas jego nieobecności. Po prostu pięknie. Cisza i spokój. Nie opuszczało nas przeczucie, że to jeszcze nie koniec niespodzianek :)
























czwartek, 20 czerwca 2013

Ruta 40 zimą - gdzie diabeł nie może ...



Przez Perito Moreno przebiega kolejna osławiona droga Ameryki Południowej. Ruta 40 to ponad 7000 km trasy zaczynającej się na północy Argentyny, a kończącej się na samym południu. Wiedzieliśmy, że ruch na tej trasie do najpotężniejszych raczej nie należy ale być tu i nie spróbować to nie w naszym stylu. 
Raul polecał nam bardziej uczęszczaną trasę ale zdania nie zmieniliśmy. I tak oto po dwóch godzinach oczekiwania przejechaliśmy około 60 km dzięki uprzejmości dwóch gauchos.

Wysadzili nas na pustkowiu, bo sami skręcali w drogę, która zdawałaby się biec do donikąd. Pierwszy dzień w prawdziwej argentyńskiej Patagonii, jak się później okazało zamienił się w pierwszą noc w tym samym miejscu. Nie sądziłem, że będzie aż tak ostro. Ani jednego drzewa czy krzaczka, wszędzie płasko z nielicznymi czerwonymi wzniesieniami przypominającymi płaskowyże z filmów amerykańskich a do tego śnieg, mróz i wiatr. Przepięknie. 
Pocieszałem Edytę, że przecież w końcu coś musi tędy jechać a ludzie głupi nie są i nas tu nie zostawią na pastwę losu. Na kilka aut które nas minęły nie zatrzymał się nikt choćby zapytać czy wszystko w porządku. Po zmierzchu zdecydowaliśmy się jednak rozłożyć namiot przy drodze. Po oczyszczeniu kawałka terenu ze śniegu już byliśmy przemarznięci, a to był dopiero początek tak pięknie zapowiadającej się nocy. Temperatura w takim terenie spada tak gwałtownie, że metalowe barierki przy drodze wydają dźwięk jakby pękały. Tak samo dzieje się po wschodzie słońca, gdy metal zaczyna się rozszerzać. Niczym upiorna muzyka. Wrócę jednak na momencik do samej nocy. Będąc w Polsce nigdy nie przyszłoby nam do głów by spać w trzy-sezonowym namiocie przy -10˚C. Wciskając się w śpiworki (puchowe też nie były) powiedzieliśmy sobie tylko „oby do rana”. 
Nadszedł ranek a my wciąż mieliśmy stopy, więc całkiem nieźle. Zaparzyłem kawkę na wodzie z roztopionego śniegu by oszczędzić wodę pitną na później. Tego dnia nie staliśmy czekając na nadjeżdżające auta. Według mapy następna osada ludzka oddalona jest o około 70 km, więc jeśli nikt się nie zatrzyma to damy radę tam dojść w dwa dni. Po siedmiu kilometrach marszu znalazł się jednak ktoś, komu nie przeszkadzała dwójka podróżników w aucie. 

Do Bajo Caracoles dojechaliśmy dość szybko bo pusta trasa daje wiele możliwości komuś, kto nie boi się prędkości. Gdy jednak z niewielkiego pagórka zobaczyliśmy mieścinę na mapie zaznaczoną jako miasteczko, włosy zjeżyły mi się na głowie. Dojeżdżając modliłem się duchu by byli tam jacyś ludzie. Stanęliśmy na stacji benzynowej z dwoma dystrybutorami paliwa z poprzedniej epoki. Tam zakupiliśmy chleb własnej roboty, bo sklepu nie było i butelkę ohydnego jak się później okazało alkoholu. Na nasze szczęście był tam też hostel. Radość nie trwało jednak długo, bo był zamknięty. Z braku laku poszliśmy na posterunek policji w nadziei, że mają jakąś wolną celę, wszystko, oby nie kolejna noc na tym mrozie i wietrze. Policjant po dokładnym spisaniu naszych danych z paszportu kazał nam iść za nim. Nie mieliśmy nic przeciwko bo oznaczało to jedynie miejsce na nocleg. To, co otrzymaliśmy przerosło nasze oczekiwania. Posterunkowy był synem właściciela hostelu i otrzymaliśmy cały budynek do własnej dyspozycji. Rozłożyliśmy się w najlepszym miejscu w całym przybytku czyli w kuchni gdzie rozpaliliśmy sobie w kominku i uczciliśmy to nabytym wcześniej „napojem”. Wieczorem postanowiliśmy rozejrzeć się po okolicy a zadanie to było najłatwiejsze z łatwych bo sama mieścina liczy sobie 12 mieszkańców, my naliczyliśmy trzech przez cały dzień. Doszliśmy wiec do wniosku by rozejrzeć się nieco dalej ale i to nie było wyczynem, bo wystarczyło minąć dwie szopy by zobaczyć  wszystko w promieniu dziesiątek kilometrów. Tym razem nie nachodziliśmy się zbyt wiele bo nie było takiej potrzeby. 

Najpiękniejszy zachód słońca który mogliśmy oglądać w całym naszym życiu wynagrodził trudy dwóch ostatnich dni. Niebo było tak czerwone, że zdjęcia wyglądają dość nienaturalnie. Staliśmy tak przez jakiś czas z głowami zadartymi ku górze i oglądaliśmy to widowisko w milczeniu. Gdy natura zdecydowała o zakończeniu spektaklu wróciliśmy do naszego hostelu by chwilkę odpocząć przed dniem następnym.
Rankiem niespodziewanie złapaliśmy pierwsze auto na tej opuszczonej trasie. Ten kierowca również nie bał się prędkości, a w dodatku prowadził najlepszy samochód świata czyli firmowy. Takie pojazdy wjadą wszędzie a usterki zdają naprawiać się same. Po kilku godzinach dojechaliśmy do skrzyżowania lecz nasza dalsza droga wyglądała jak jeden wielki plac budowy, o którym ktoś zapomniał jakiś czas temu. Opuściliśmy więc rutę 40 i pojechaliśmy dalej do Gobernador Gregores. 

Kilka kilometrów przed miastem straciliśmy widoczność. Wpadliśmy w potężną burzę piaskową. Nie doświadczyliśmy wcześniej niczego takiego i mówię wam, że nie jest to przyjemne. Piach i kamienie sypały po szybach hałasując do tego stopnia, że nie słyszeliśmy się na wzajem. Kierowca stracił moją sympatię gdy spojrzałem na prędkościomierz. Ze 160km na godz. zwolnił do 120. Mimo, że siedziałem na tylnym siedzeniu zapiąłem pas. Maniak jakiś chciał nas chyba pozabijać bo widoczność była zerowa. Na prawdę nie widziałem nawet asfaltu przed samym autem a ten wciąż pruł przed siebie. Nic więcej nam nie pozostało jak tylko przeżegnać się i nagrać całą sytuację. W końcu dojechaliśmy do miasta gdzie schroniliśmy się na stacji benzynowej. Z racji, że że był to teren zabudowany, do latającego żwiru dołączyły latające przedmioty codziennego użytku czyli śmieci, ubrania, wiadra, miski, kawałki blachy falistej i kabli. Zabrakło zwierzyny domowej i hodowlanej upiętej zapewne na grubych łańcuchach. Nieliczni przechodnie też nie latali. Ci zmierzający z wiatrem biegli bo nie mieli wyjścia, ci natomiast śmiałkowie wybierający się pod wiatr, pochyleni pod kątem 45˚, z wielką wiarą że uda im się gdzieś tego dnia dojść poruszali się w tempie lodowca. My piliśmy kawkę na stacji i obserwowaliśmy wszystko przez wielkie szklane okna do czasu gdy również szklane drzwi nie wytrzymały i rozsypały się w drobny pył. Uznaliśmy że czas znaleźć miejsce na nocleg, coś bardziej bezpiecznego, z mniejszymi oknami. Namiot byłby rozwiązaniem gdyby wiatr wiał w kierunku w którym zmierzaliśmy. Udało się za dość wysoką cenę u gospodarza domu gościnnego, który z gościnnością miał tyle wspólnego co nic. Po raz pierwszy cieszyliśmy się z pokoju z oknem jak w więziennej celi.


wtorek, 18 czerwca 2013

Mini Camping Raul - Argentyna



Ten krótki post chciałbym poświęcić niesamowitemu człowiekowi, poznanemu dość przypadkowo, zaraz po przekroczeniu granicy chilijsko-argentyńskiej.

Po kilkukilometrowym marszu, bo od chilijskiego do argentyńskiego przejścia granicznego jest około 8 km (nie wiadomo czemu) dotarliśmy do pierwszej małej mieściny. Już dawno uznaliśmy z Edytą, że posiadam w sobie nieznany czynnik przyciągający dziwnych ludzi. Jeśli w stuosobowym tłumie znajdę się ja i jakaś dziwna osobowość mam 99 procent szans na bliższy kontakt. Tak też i tu pośród ludzi podążających w kierunku lokalnych barów, by posilić się i poplotkować podczas tradycyjnej sjesty znalazł się człowiek uznawany za miejscowego dziwaka. Szedł za nami kilkaset metrów i nawijał po hiszpańsku tak szybko, że nie mieliśmy szans na zrozumienie ani jednego słowa. Po jakimś czasie mówiąc sam do siebie obrał inny kierunek marszu, a nas pozostawił samym sobie. Sądziliśmy że to nasze ostatnie spotkanie, los jednak pokazał inaczej. 

Noc spędziliśmy kilka metrów od brzegu potężnego jeziora. Po raz pierwszy od chilijskiej Patagonii było ciepło i pogodnie. Cieszyliśmy się z przybycia do Argentyny. Następnego dnia złapaliśmy na stopa taksówkę. Młody kierowca wymienił kwotę za kurs, na co w odpowiedzi usłyszał dziękuję i że nie możemy mu zapłacić bo nas na to nie stać, a stojąc przy drodze czekamy na kogoś, kto zabierze nas bez kasowania. Chyba doszedł do wniosku, że zabierze nas tak, czy inaczej bo otworzył bagażnik auta i pomógł wrzucić plecaki. Tak znaleźliśmy się w Perito Moreno, 56 km dalej. 

Niesamowita miejscowość, w której nie ma nic do zobaczenia, leżąca pośrodku równie niesamowitej nicości. Wszędzie płasko i anie jednego drzewka, sam piach, jak na pustyni. Tak właśnie wyglądało nasze pierwsze spotkanie z Patagonią po tej stronie Andów. Wiał tak silny wiatr, że w drodze do sklepu, Edytę wywiało kilka razy na szosę. To zadecydowało, że musieliśmy znaleźć nocleg gdzieś w miasteczku, bo tu przynajmniej są budynki, które ochronią nas od szalejącej natury . Ku wielkiemu zdziwieniu znaleźliśmy informację turystyczną. Standardowo wytłumaczyliśmy, z jakiego powodu znaleźliśmy się w tej „niesamowitej” miejscowości i jasno określiliśmy jakie kategorie noclegów nas interesują. Dużo do wyjaśniania nie było, a cena to jedyna kategoria, której staramy się trzymać. Tak trafiliśmy przed małą furtkę z napisem „MINI CAMPING RAUL”. Naprawdę musiał być bardzo mały, bo nie było go można zobaczyć albo samo miejsce za nic go nie przypominało. 
Mały domek i coś na kształt ogródka. Ani jedno ani drugie niezbyt zachęcające. Wyjścia nie było. Pukamy do drzwi. Nigdy wcześniej się tak nie czułem jak w tym właśnie momencie, gdy w otwartych drzwiach zobaczyłem miejscowego dziwaka poznanego wczoraj.  Zgłupiałem, chciałem odwrócić się na pięcie i odejść jak najszybciej, lecz Raul bo tak ów dziwak miał na imię mimo sędziwego wieku okazał się dużo szybszy i zanim się obejrzeliśmy, siedzieliśmy przy stole w jednoizbowym domku zajadając ciasteczka i popijając kawę. Poprosiliśmy Raula, by mówił nieco wolniej to postaramy się coś zrozumieć. Uspokoiłem się dopiero gdy gospodarz przedstawił nam zeszyt, coś na kształt księgi pamiątkowej. Praktycznie każdy jeden wpis turystów z całego świata (kilku Polaków też tu było) zaczynał się od wzmianki by porzucić pierwsze wrażenie na temat Raula, i że mimo jego wyglądu i sposobu bycia jest niesamowitą osobą o wielkim sercu. Tak spędziliśmy kilka godzin przy stole popijając Yerba Mate z miętą i cytryną. Pod wieczór potrafiliśmy się już porozumieć, a miejsce stało się jakoś bardziej przyjazne i przytulne niż na samym początku. Sam Raul, emerytowany policjant, aktualnie artysta-poeta sypiący wierszami na poczekaniu prowadzi dość ciekawy tryb życia. Twierdzi, że niewiele mu potrzeba, a kemping (kawałek trawnika na tyłach domku) który prowadzi od 23 lat służy bardziej zapoznaniu ludzi z innych części świata niż celom zarobkowym. Cena, którą zażądał za noc to równowartość paczki papierosów, które są tu bardzo tanie. 

Z Raulem spędziliśmy w sumie dwa dni, gdzie większość czasu przesiedzieliśmy przy stole, jedząc i pijąc mate, gotując lub oglądając wiadomości w tv, z których mało rozumieliśmy. Magiczny to był dla nas czas, magiczne miejsce z niesamowitym magikiem we własnej osobie.


sobota, 15 czerwca 2013

Carretera Austral – „droga” przez Patagonię.


Ta osławiona droga, jeśli drogą można to nazwać, jest popularną trasą dla autostopowiczów w sezonie letnim. Niewielu wybiera się tu jednak w zimę. My do lata czekać nie mamy zamiaru, więc cóż nam pozostaje. Stajemy na poboczy i łapiemy okazję. Pierwszego dnia przemierzamy niesamowity odcinek trasy o długości 46 km i wieczorem docieramy do pierwszej przeprawy promowej. Wspomnę jeszcze że przed opuszczeniem Puerto Montt przeczytaliśmy kilka postów autorstwa miłośników taniego podróżowania i najbardziej utkwił nam w pamięci jeden, w którym to zawarte były trzy porady dla wybierających się tą drogą na południe. Zacytuję: "Po pierwsze, uzbrój się w cierpliwość. Po drugie, zaopatrz się w solidną odzież przeciw deszczową. Po trzecie, wracaj do najbliższego miasta i kup bilet autobusowy w inne miejsce." Czekając na prom, zastanawiam się, czy aby na pewno nie porywamy się z motyką na słońce. Nie poddajemy się i wsiadamy na łajbę. 

Koniec dnia przyniósł jednak coś miłego w postaci Eduardo, którego poznajemy tuż przed przybiciem do brzegu. Noc spędzamy u niego przy domu rozkoszując się wcześniej ciepłem piecyka w kuchni, herbatą i bułeczkami z miodem domowej roboty.

Kolejny dzień i kolejny niesamowity dystans, 55 km z Puelche do Hornopiren. Po raz pierwszy w życiu stoimy przy drodze w miejscu gdzie dokładnie wiemy, o której jeżdżą auta. Na tym krótkim odcinku trasy, zaraz za przeprawą promową  auta jeżdżą z dokładnie określoną częstotliwością wymierzaną przez kolejne promy. Jeśli nikt nas nie zabierze teraz, to następna szansa za 45 minut. Jazda autostopem to zapewne najtańszy środek transportu i przy okazji można poznać wielu ciekawych ludzi, o czym raczej pisać nie trzeba, jednak dla mnie jest w tym coś, czego nie lubię. To poczucie uzależnienia od innych ludzi, bez których utkniemy gdzieś na trasie. Dla mnie i Edyty ten środek lokomocji wciąż odpowiada ale świadomi jesteśmy, że z wolnością, a o to nam chodzi w naszej podróży, ma to raczej mało wspólnego. Wiele godzin stania, by przejechać  taki dystans może czasem irytować. Znajdujemy jednak sposób by się nie poddać i wciąż przeć do przodu. Nasz złoty środek to świadomość, że na trasie jesteśmy prawdopodobnie jedynymi autostopowiczami, a trud jaki sobie zadajemy motywuje, by jechać dalej i się nie poddać. To jak wyzwanie od losu.

Przejechaliśmy w końcu te 55 km do kolejnej przeprawy promowej i co, i nico. Łódka już popłynęła a następna jutro. Ale tak miało być. Dzięki temu znajdujemy kamping ekologiczny gdzieś na obrzeżu wioski czy miasteczka sam już nie wiem. Właściciel  trochę się zdziwił widząc nas z plecakami. Ostatni goście byli tu 2 miesiące temu zaraz po zakończeniu sezonu letniego ale i tak przyjął nas wyśmienicie. Po kilku godzinach dyskusji, głównie na temat metod produkcji różnych alkoholi, idziemy do jego domu na strucla z jabłkami a właściwie by go najpierw upiec. Niemiecki przepis, chilijsko-polska ekipa i ciasto smakuje niesamowicie.
Poranek. Chyba nic już nas nie może zaskoczyć. Przy zakupie biletów na prom okazuje się że tam gdzie chcemy płynąć nie popłyniemy. Zawalona droga odcięła przystań a kolejna dostępna jest w Chaiten. Po kilku godzinach docieramy do celu późnym już wieczorem. Jest ciemno a to nie najlepiej wróży jeśli chce się znaleźć ciche miejsce na namiot. Zawsze wiatr w oczy. Dajemy jednak radę i po pół godzinie rozstawiamy majdan kilka metrów od drogi. W nocy znów pada i nie przestaje również nad ranem. Dziś zakładamy nasze super
przeciwdeszczowe spodnie kupione w sklepie z odzieżą używaną za dolara. Goretex to może nie jest ale czy jest coś lepszego od roboczych gumowych spodni w dodatku żółtych? Wody nie przepuszczą a i widać nas na drodze z kilometra. Przez Chaiten przechodzimy praktycznie bez przystanku. Nie cieszą nas widoki miejsc po kataklizmach. W 2008 roku wulkan o tej samej nazwie pokrył całe miasto grubą warstwą popiołów. 4200 ludzi ewakuowano ale domy zostały prawie całkowicie zniszczone. Dziś, po 5 latach osada liczy już 900 osób. Dowiedzieliśmy się, że rząd chcąc zmusić ludzi by osiedlali się w innych częściach kraju i zamiast pomocy po prostu odciął dostawy prądu i wody pitnej. Nie trwało to jednak długo, gdyż znaleźli się uparci, którzy mimo tych przeszkód powrócili.


Tego dnia udało nam się przemierzyć kolejne kilometry w liczbie 46. Na nocleg wybieramy sobie małą chatkę za mostem, w połowie zawalona ale udaje się nam wcisnąć namiot a nawet rozpalić ogień. Nigdy wcześniej nie pomyślałbym, by spać w czymś takim, ale podróże kształcą. Na głowę nie kapie, tropik się suszy i namiot nie podmaka od dołu. Czego chcieć więcej.


Wciąż leje, z tą różnicą, że mocniej niż wczoraj. Do użycia wkracza kolejny sprzęt w postaci parasola. Nie podróżowaliśmy jeszcze z takimi wynalazkami ale tym razem naprawdę się przydaje. Na zmianę staramy zatrzymać się jakieś auto ale widać nie każdy kierowca jadący sam w pięcioosobowym aucie wierzy, że dwie osoby więcej różnicy nie stanowią. Kilka godzin cierpliwości i jedziemy 20 km dalej. Miły właściciel firmy budowlanej również nie wierzy, że uda nam się przejechać kilkaset kilometrów do Coyhaique autostopem, ale gdy wysiadamy z auta stwierdza, że wieczorem i tak nas tu pewnie spotka wiec wyśle jednego z pracowników, by zabrał nas do kolejnego miasteczka. Szczęście się do nas uśmiecha i tego samego dnia docieramy aż do La Junta. Pada rekord trasy, 119 km w 9 godzin. To prawie trzy razy szybciej niż piechotą. Cieszymy się tym bardziej, że rozstawiamy nasz domek w kuchni na kempingu.

Po kilku dniach deszczu wychodzi słońce. Pierwsze auto i 248 km. Los wyraźnie daje znaki by porzucić marzenie o przejechaniu całej Carretera Austral aż do Villa O’Higgins, która jest ostatnią osadą ludzką w tym rejonie Patagonii. W sezonie zimowym przejścia graniczne na południu są pozamykane a ostatnie czynne to Chile Chico. Dodam jeszcze, że ciągłe deszcze, które nie dawały nam spokoju przez ostatnie dni, nie nastrajają nas pozytywnie i niewiele nam trzeba by zdecydować o zmianie trasy.

Radość ze słońca nie trwa jednak długo. Jeden pogodny dzień okazał się tylko ciszą przed burzą i gdy w końcu docieramy do Coyhaique zaczyna padać, tym razem śnieg. Utwierdza nas to tylko w przekonaniu, że decyzję podjęliśmy nieomylnie, Do tego Edyta,mój prywatny klimatolog, daje dość szeroki wykład na temat różnic pogodowych w zależności od rzeźby terenu i z nadzieją na to, że uda nam się jutro dotrzeć do Argentyny a co za tym idzie znaleźć się po drugiej stronie Andów i zostawić deszcze Chilijczykom docieramy do Chile Chico. Już tylko kilka kilometrów dzieli nas od słonecznych dni.


Podsumowując całą trasę muszę się przyznać że dumni jesteśmy że udało nam się przejechać łącznie około 640 km i przepłynąć około 130 km w zaledwie 7 dni. Biorąc pod uwagę warunki pogodowe, stan drogi, porę roku a w szczególności ilość aut na drodze wyszło całkiem nieźle. Nie poleciłbym jednak nikomu jechać tędy o tej porze roku. Podobno latem trasa wygląda niesamowicie. Mnóstwo wulkanów i gór po drodze, których zimą nie zobaczycie z powodu ciężkiej i gęstej warstwy chmur przesłaniającej wszystko powyżej 100 metrów od miejsca, gdzie zapewne spędzicie cały dzień w nadziei, że ktoś tędy przejedzie. Plusem jest radość po dotarciu do cywilizacji, że nie utknęło się gdzieś po drodze bez jedzenia, bo o wodę martwić się nie trzeba.