Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trekking. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trekking. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 lipca 2013

Torres del Paine

Wszyscy znają dowcipy o Polaku, Rusku i Niemcu. Opowiem wam inny, o trzech takich co drzewa w Parku Narodowym Torres del Paine zasłaniały im widok na góry. Pierwszy, nie wiem skąd, spalił 150 km² parku, drugi - Czech, był lepszy, 155 km² lecz trzeci - Izraelita, pobił wszystkich, 176 km². Ci trzej panowie powinni podjąć pracę jako eksperci przy deforestacji. Łącznie puścili z dymem 481 km² lasów w jednym z najpiękniejszych miejsc na ziemi. To całkiem niezły wynik jak na 1810 km² parku, przy czym nie cały obszar porośnięty jest lasem. 

Przygotowania do wyjścia w góry zaczęliśmy od znalezienia informacji w necie na temat panujących tam warunków pogodowych. Większość opisywanych przygód z Torres del Paine informowała, że jeśli na siedem dni trekingu ma się trzy dni słońca, można uznawać się za szczęściarza. Według prognozy pogody dobre warunki miały trwać tylko przez następne dwa dni. No cóż, nie przemierzaliśmy tysięcy kilometrów by zrezygnować. Wyliczyliśmy racje żywnościowe na każdy dzień i dodaliśmy coś ekstra na dwa dni w razie czego. Może zabrzmi to dość dziwnie ale góry Patagonii to nie Bieszczady. Latem to miejsce jest dość bezpieczne ale zimą wszystko na szlakach jest pozamykane i naprawdę trzeba się przygotować jak do wyprawy. Zrobiliśmy nawet nasze własne ciasteczka energetyczne ze stopionych karmelków i musli mając nadzieję, że coś pomogą. Wszystko było przygotowane.

Dzień 1
Wyruszyliśmy oczywiście na stopa. Do parku było około 100 km za które firmy przewozowe życzą sobie około 100 PLN za osobę w jedną stronę. To jakiś żart. Zmowa cenowa w Argentynie to powszechność. Każda firma podaje identyczne ceny więc nie ma mowy o konkurencji. Transport publiczny działa tylko dla lokalnych, bo za każdym razem gdy pytaliśmy, odpowiedź była jedna, nic nie jeździ w tym terminie, mimo że na rozkładzie jazdy wyraźnie podane były daty i czasy odjazdów autobusów. No nic, kijek im w oko albo poniżej. Po kilku godzinach dostajemy się do bramy parku gdzie za wejście bulimy „jedyne” 140 PLN. Dowiemy się na koniec czy było warto. Gdy po całym procesie rejestracji udało nam się wyruszyć na szlak było już dość późno. Na nocleg wybraliśmy więc kamping Las Carretas, (nie ma mowy o noclegach na dziko) 2 godziny marszu więc prawie tyle, ile zostało do zachodu słońca. Po dotarciu na miejsce okazało się, że nie jesteśmy sami. Przygotowanie kolacji odbyło się w towarzystwie kilku ciekawskich myszy, które tylko czekały aż coś spadnie na ziemię. Cały prowiant powiesiliśmy na sznurku na najbliższym drzewie, by mieć co jeść przez kolejnych kilka dni.

Dzień 2
Rankiem okazało się, że sprytne myszy zadbały w nocy o to, byśmy nie musieli przemęczać się nadmiernym ciężarem naszego pożywienia podczas dalszej wędrówki. Trudno, jakoś damy radę. Ruszyliśmy dalej i powoli wspinaliśmy się coraz wyżej. W miarę upływających kilometrów i zwiększającej się wysokości widoki coraz bardziej zapierały dech w piersi, aż do czasu gdy dotarliśmy do Refugio Paine Grande. Kolosalne schronisko czy raczej hotel, przygotowany na przyjęcie mnóstwa turystów w sezonie letnim, szpeci swym wyglądem przepiękne otoczenie. Na nasze szczęście w zimę zamknięty jest na cztery spusty. Minęliśmy to coś szerokim łukiem i toczyliśmy się dalej w górę. Około południa trafiliśmy na niesamowite oczko wodne. Przy bezwietrznej i słonecznej pogodzie sprawiało wrażenie jakby było zmienione w ogromne lustro. To był nasz drugi dzień bardzo dobrej pogody czyli według wszystkich przeczytanych relacji zostawał nam jeszcze jeden dzień bez deszczu. Tej nocy docieramy do Refugio Grey. Miał być nocleg w namiocie na kampingu ale stróż, młody koleś palący blanta za blantem zaproponował nocleg w pokoju kolejnego brzydkiego hotelu za tą samą cenę co miejsce pod namiot. Czemu nie ?

Dzień 3
Wstaliśmy jeszcze przed wschodem słońca. Zostawiliśmy plecaki w pokoiku i popędziliśmy zobaczyć lodowiec, którego czoło schodziło wprost do jeziora Grey. Ta masa lodu spływająca wprost do wody, zmieniając kolory od białego do ciemno niebieskiego, wygląda tak niewinnie, że aż ciężko uwierzyć, że jest przyczyną powstania dość głębokiej doliny. Na jeziorze powoli dryfowały kawałki lodu. Pisząc kawałki, mam na myśli części lodowca o rozmiarach aut a nawet domów, a to tylko czubki wystające ponad wodę. Tego dnia czekało nas jeszcze kilka kilometrów a słońce w Patagonii zachodzi dość wcześnie, szczególnie zimą. Mieliśmy zamiar dojść do kolejnego obozu - Italiano. Niby to niedaleko bo około 20 km, ale przekonaliśmy się już, że poziomice na mapie kłamały, więc nie wiedząc co nas  czeka maszerowaliśmy dzielnie dalej. Tak jak przewidywała prognoza pogody, zaczęło się psuć. Silny wiatr i warstwa chmur pokrywająca niebo towarzyszyły nam przez cały dzień, aż do wieczora.
W Campamento Italiano zobaczyliśmy w końcu człowieka, a właściwie jego namiot. To był znak, że nie jesteśmy tu sami. Namiocik rozbiliśmy na podeście, bo czemu by nie ? Zawsze to jakaś izolacja od ziemi, mimo że w parku było dużo cieplej niż na otwartych przestrzeniach Patagonii.

Dzień 4
Zafundowaliśmy sobie mały odpoczynek. Chcieliśmy dojść tylko do punktu widokowego powyżej Campamento Britanico więc około 6 godz. w dwie strony. Bez bagażu było dużo łatwiej i szybciej. Pogoda znów dopisywała więc prognozy kłamały, na nasze szczęście. Na punkcie widokowym zachwyt! Zupełnie inny krajobraz niż przez ostatnich kilka dni. Po opuszczeniu piętra wegetacji wokół nas rozciągał się widok łysych ścian skalnych, na czubkach pokrytych śniegiem i lodem. Od czasu do czasu było słychać grzmoty schodzących lawin z pobliskiego szczytu Cumbre Principal. Podczas drogi w dół zatrzymaliśmy się na chwilkę by podziwiać masy śniegu i lodu sypiące się ze szczytów. Lawiny widzieliśmy już wcześniej w Nowej Zelandii ale to co zobaczyliśmy w tym miejscu przerastało poprzednie. Tam też narodził się nowy pomysł. Przyznam że niezbyt mądry ale co tam, raz się żyje. Mianowicie, po prawej stronie szlaku, za rzeką, schodził lodowiec Frances. Ów pomysł polegał na tym by podejść do jego czoła i po raz pierwszy w życiu dotknąć go. Ot tak po prostu. Edyta była dość sceptycznie nastawiona do całego planu. Starała się przemówić mi do rozsądku i tłumaczyła że to bardzo niebezpieczne. Lodowce są w ciągłym ruchu choć tego nie widać, i od czoła raz po raz odrywają się potężne bloki lodu ważące tony. Nie udało jej się mnie przekonać. Wieczorem przy namiocie zapewniłem że podejdziemy tylko na taką odległość, by móc zrobić kilka zdjęć i nie będziemy narażać się dla zabawy.

Dzień 5
Znów pobudka przed świtem, szybka kawa i kanapka. Idziemy do lodowca ! Przyznam, że byłem naprawdę podekscytowany. Kiedy w końcu stanęliśmy przed ścianą lodową wysoką na 15 metrów, poczułem respekt. Mieliśmy dojść tylko na bezpieczną odległość ale wiedziałem że tak nie będzie. Edycie strach ustąpił miejsca adrenalinie. Podeszliśmy tak blisko by móc go dotknąć. Ciężko mi opisać uczucie towarzyszące tej chwili. Lodowiec widziany z daleka nie wygląda tak potężnie, a cała zastygła masa wydaje się być jednolita w swej strukturze. Dopiero z bliska przekonaliśmy się, że wcale tak nie było. Niektóre fragmenty są smukłe i gładkie, gdy inne tuż obok był bardziej chropowate z mnóstwem uwięzionych wewnątrz pęcherzyków powietrza. Do tego wiadomo, że sam lodowiec buduje się od góry, więc to co jest na jego przedzie, prawdopodobnie ma setki a może nawet tysiące lat. Nie wiem tego dokładnie więc nie chcę kłamać, ale to co wiem, to że na pewno jest bardzo stare. W pobliżu małej rzeki wypływającej spod tej plastycznej masy było mnóstwo lodowego gruzu powstałego po oderwaniu się jej części. Pozwoliłem sobie na zabranie jednego małego kawałka, by po stopieniu zaparzyć nam kawę na tej wiekowej wodzie.
Reszta dnia minęła na dość długim marszu do kolejnego obozowiska. Powoli zbliżaliśmy się do momentu, gdy w końcu zobaczymy trzy ściany flagowych dla tego parku Torresów.

Dzień 6
To było wręcz niesamowite. To już szósty dzień dobrej pogody. Na szlaku wciąż niewielu ludzi, bo nie licząc dwóch pracowników parku, do dziś dnia spotkaliśmy tylko trzy osoby. Czuliśmy się jakby cały ten obszar był tylko dla nas. Po dotarciu do Campamento Torres, bazy wypadowej do stóp samych Torresów uznaliśmy, że z zobaczeniem tych ścian poczekamy do dnia następnego. Tym czasem krótki spacerek do bazy wspinaczkowej na końcu szlaku.
Wieczorem dołączyło do nas dwóch młodych kolesi, więc nie byliśmy już sami. Mimo zakazów rozpaliliśmy mały ogień, by było miło.

Dzień 7
Wstaliśmy zbyt późno. Do wschodu słońca zostało tylko 30 minut, a szlak do stóp Torresów to około godziny marszu non stop pod górę. Wyskoczyliśmy z namiotu jak poparzeni i całą trasę przebiegliśmy. Na miejscu, mimo tego, że mało nie wypluliśmy płuc i spoceni byliśmy jak szczury, byliśmy na czas. Spektakl właśnie się zaczął. Wstające słońce oświetlało trzy potężne ściany skalne przypominające zęby wyrastające z ziemi. Torresy wydawały się płonąć czerwonym ogniem. Nie trzeba używać Photoshopa by uzyskać piękne zdjęcia. Cały ten widok był dla nas ukoronowaniem wędrówki i cieszyliśmy się, że zostawiliśmy to sobie na koniec. Prawdziwa wisienka na torcie.
W tej jednej chwili, uznałem że po sześciu latach bycia z Edytą to miejsce i ten czas okazał się idealny do  rozpoczęcia nowego rozdziału w naszym związku :)




Podsumowując
Cały szlak nazwany „W” zajął nam 7 dni. (ponad 120 km ale nie spieszyliśmy się zanadto)

7 dni dobrej pogody (to chyba nagroda za trudy w dotarciu do tego miejsca).

W ciągu 7 dni spotkaliśmy tylko 7 turystów (ponoć latem tworzą się kolejki na szlaku).

Pogoda zepsuła się dopiero gdy opuściliśmy teren Parku i stanęliśmy na drodze by złapać autostop. 


poniedziałek, 27 maja 2013

Yerba Loca, krótki trekking w Andach

Pierwszy raz na stopa na nowym kontynencie. Przeszył nas dreszczyk emocji, zwłaszcza, że do komunikacji służyły nam tylko rozmówki hiszpańskie. Ku naszemu ogromnemu zdziwieniu zatrzymał się mężczyzna mówiący płynnie po angielsku. Jak się okazało w trakcie jazdy był drugim w rankingu rowerzystą górskim w Chile i bliskim znajomym trenera klubu Manchester City...

Droga była niesamowicie kręta, a koniec trasy był na miejscu zwanym „curva 15” czyli zakręt 15... taaak tutaj curva oznacza zakręt. Po dotarciu czekały nas 4 km do przejścia i cały park był dla nas. Na początku cieszyliśmy się ogromnie, że zostawiliśmy smog Santiago w tyle. W końcu można było odetchnąć świeżym, górskim powietrzem Andów i podziwiać widoki bez przysłaniającej wszystko warstwy pyłu i wyziewów aut. Słońce było już nisko nad horyzontem więc szybko rozłożyliśmy namiot na pierwszym kempingu. Po ponad rocznym pobycie w Nowej Zelandii, gdzie palenie ognisk było surowo wzbronione, cieszyło nas ogromnie wielkie palenisko i gorące płomienie. Co więcej, rano na stawie nieopodal widniała warstewka lodu. Wow, tego jeszcze pod namiotem nie było! Ruszyliśmy w góry.

Pierwsze kilka kilometrów zachwycało w każdym momencie, piękne doliny, tak inne od naszych, góry tak wysokie, że aż oko cieszyło. Na dodatek, w pewnym momencie minął nas człowiek jadący na koniu, w wysokich butach, tradycyjnym kapeluszu i czerwonej chuście na szyi. Gaucho czyli kowboj z Ameryki Południowej.
Idąc wciąż pod górę na początku ciepłe powietrze było ciężkie do zniesienia i szliśmy rozebrani do krótkiego rękawka, ale w miarę posuwania się wyżej robiło się coraz chłodniej i chłodniej. W końcu na miejscu, w którym przystanęliśmy na mały posiłek było tak zimno, i wiało tak mocno, że ubraliśmy się we wszystko, co mieliśmy a i tak nie powiem, żeby było choć odrobinę ciepło. Śnieg leżał wokoło a my gotowaliśmy kawkę skryci za wielkim głazem. Chcieliśmy dojść do lodowca i tam zostać na noc, ale spotkaliśmy ludzi na szlaku, którzy uzmysłowili nam, że idzie jedna z największych zamieci śnieżnych jakie tu widziano i nie będzie bezpiecznie jeśli zostaniemy wysoko w górach na ten czas. Przemyśleliśmy  sprawę i mino ogromnych chęci, (doszliśmy  tak wysoko jak żak żadne z nas nie było nigdy w życiu, na wysokość 3000m n.p.m.)  postanowiliśmy zawrócić do poprzedniego obozu na noc. Tam, mogliśmy znów  rozpalić ogromne ognisko, gdzie mogliśmy  choć na chwilę posiedzieć i ogrzać się przed nadchodzącym w nocy zimnem.  Bądź co bądź spaliśmy na 2000m n.p.m. oczywiście po raz pierwszy w życiu

Kiedy się rano obudziliśmy niebo zasnute było ciężkimi chmurami a po chwili zaczął padać drobny śnieg. Mimo wszystko było pięknie. Wracając spotkaliśmy strażnika parku, który czekał na nasz powrót, jako że byliśmy jedynymi ludźmi, którzy poszli w góry, a że prognoza pogody była bardzo zła, musieli wiedzieć czy jesteśmy bezpieczni.
Zbliżała się zamieć śnieżna, a my nie mieliśmy czym wrócić do miasta. Stanęliśmy na drodze, ale nasze szanse były bardzo nikłe, bo cały transport jaki się odbywał, był w przeciwnym kierunku. Ale, jak wiadomo, trzeba wysyłać pozytywne wibracje i wierzyć w cuda, więc pierwsze auto jadące w naszym kierunku zatrzymało się na poboczu! Za kółkiem siedział prezydent miasteczka położonego wysoko w górach, słynnej na całe Santiago  narciarskiej mekki - Farrelones. Niesamowicie przyjemny człowiek i bardzo pomocny, gdyż dostaliśmy się z nim pod samą stację metra. 
Czas był piękny, miejsce cudowne, góry wysokie na 5000m n.p.m. i ta dzikość i pustka jaka towarzyszyła nam jesienią, zamiast dziesiątek turystów podążających w tą samą stronę, w tym samym czasie...  




środa, 22 maja 2013

Nowa Zelandia w szerszym skrócie

Nowa Zelandia to dość długi rozdział. Piętnaście miesięcy po troszę w podróży a po troszę w pracy. Nie chcemy zanudzić wiec postaramy się streszczać.


Dwa kółka.

Christchurch, gdzie wylądowaliśmy, może kiedyś piękne miasto, dziś zrujnowane przez potężne trzęsienie ziemi. Matka natura po raz kolejny pokazała ludziom miejsce w szeregu. Zatrzymaliśmy się tu jednak, bo trzeba było się jakoś ogarnąć. Nie wiedzieliśmy jeszcze gdzie, i w którą stronę chcemy jechać, ale wiedzieliśmy jakim środkiem transportu. Tym razem padło na rowery.

 Po kilkudniowych poszukiwaniach znaleźliśmy starsze małżeństwo, które skupuje stare graty i łączy je jakimś dziwnym sposobem w pojazdy na dwóch kołach, które powinny przetrwać jeszcze jakiś czas. Podróżując jak najtaniej nie zastanawialiśmy się długo i nabyliśmy 2 takie wehikuły za 80 nowozelandzkich dolarów każdy. Stalowe ramy, osprzęt z lat dziewięćdziesiątych ,ale kółka się kręciły. Sakwy rowerowe kosztowały w sklepie 3 razy więcej niż same rowery więc nie mogliśmy sobie na nie pozwolić . Ciężka sprawa. Nie bylibyśmy jednak z Polski, gdybyśmy czegoś nie wykombinowali. Kilka narzędzi, śrubek i troszkę czasu potrzebne było by zamontować na bagażniki tanie torby na piwo znalezione w posezonowej promocji w pobliskim supermarkecie.

Nelson ,gdzie chcieliśmy odwiedzić znajomych oddalone było od Christchurch o 400 km. Niby nic ale żadne z nas nie siedziało na rowerze kilka dobrych lat. Pierwszy dzień pedałowania i niespodzianka pod koniec. Na drodze zatrzymał się miły człowiek Nigel. Zaprosił nas do siebie po tym gdy usłyszał, że jedziemy do lasu by znaleźć miejsce do spania. Zgodziliśmy się i dobrze bo po kolejnych kilku kilometrach tuż przed jego domem rozsypała mi się tylna przerzutka i pękł łańcuch... Całę szczęście ze Nigel - sam zapalony rowerzysta zrozumiał nas w tej sytuacji i następnego dnia użyczył nam swoje auto i mogliśmy naprawić zepsute części. Droga powiodła nas dalej, z każdym dniem byliśmy w stanie przejechać coraz więcej kilometrów. Spotkały nas ulewne deszcze i paliło nas słońce. Ponad 100 kilometrów trasy wiodło przez góry (Rainbow Road). Nasze rowery (i my) przetrwaliśmy niezliczone przeprawy przez strumienie, pchanie pod strome wzniesienia, dzikie i szalone zjazdy w dół, z duszą na ramieniu w obawie czy na pewno po drodze nie odpadnie nam koło... Jako że odróżnialiśmy się od innych rowerzystów głównie z powodu braku profesjonalnego sprzętu wpadliśmy w oko dziennikarce opisującej szlaki rowerowe w Nowej Zelandii. I tak zdjęcie naszych uśmiechniętych gąb widnieje na stronie internetowej w zakładce „The Rainbow Trail” opisującej ten właśnie szlak.

W końcu dojechaliśmy do domu Karoliny, Paula i małej Mili. Gdzie czekały na nas przyjazne dusze, ciepło domowego ogniska i wszystko to, co sprawia, że człowiek czuje się we właściwym miejscu i właściwym czasie. Budżet wymagał od nas znalezienia pracy ale, żeby jeszcze chwilę cieszyć się końcówką lata wybraliśmy się na pięciodniowy trekking do pobliskiego „Kahurangi National Park”.

Oczywiście nie obyło się bez atrakcji. Jak to zwykle bywa, idąc gdzieś z Pawłem – przygoda gwarantowana! Zatem trzeba było mi przetrwać wspinaczkę na bardzo strome zbocze, gdzie jedynym punktem zaczepu była porastające to zbocze trawa, kluczenie pomiędzy ziejącymi otworami w głąb ziemi będącymi ogromnie rozbudowanym systemem jaskiń jak się później okazało. Przeprawa w dół strumienia, wspinaczka na skały, na drzewa, korzenie, liny....słowem wszystko, o czym można pomyśleć. Ale było pięknie!


Tosia czyli „Pimp my ride” w wydaniu nowozelandzkim.

Zbliżająca się zima i perspektywa spędzenia w tym kraju mniej więcej kolejnych dziesięciu miesięcy zaowocowała kolejnym pomysłem. Kupmy auto i zamieszkajmy w nim! W tym czasie wynajmowaliśmy pokój w małym miasteczku więc jedyna szansa nabycia samochodu była aukcja internetowa... Wylicytowaliśmy auto w ciemno, nie widząc go i nie sprawdzając, a jedynym jego atutem była niska cena. Muszę przyznać, że kiedy zobaczyliśmy nasz nowy nabytek... Załamka. Ruina, śmierdząca ruina z plastikiem zamiast jednego okna i metalową płytą zamiast drugiego, usmarowana,okopcona w środku do granic wyobrażenia, z porwanymi siedzeniami z przodu. Co mieliśmy zrobić? Ryzyk - fizyk, plusem był silnik i niski przebieg. Mimo znacznego wieku (rok produkcji 1986) busik był niewiele (aczkolwiek intensywnie) używany, więc wytargowaliśmy obniżkę ceny oraz gratis w postaci płyt do budowy mebli, które planowaliśmy stworzyć.



Trzy tygodnie po pracy i w weekendy czyściliśmy wnętrze używając środka do czyszczenia piekarników, bo nic innego nie działało na lepką, czarną powłokę pokrywającą wszystko w środku! Kolejne kilka tygodni spędziliśmy na kolekcjonowaniu sprzętów użytku codziennego. Ociepliliśmy ściany styropianem, zadbaliśmy o nowe pokrycia wewnętrznych boków, nowy materiał na sufit. Znaleźliśmy idealnie pasującą komodę, rozkładane łóżko, materac, pościel, talerze, garnki, kuchenką i butlę
gazową. Wszystko, co potrzebne jest do domu. Na koniec Paweł zbudował szafkę na zapasy, schowek na narzędzia i zewnętrzny stolik. Na zimę wyposażyliśmy się w elektryczny koc, mały grzejnik do użytku wtedy, kiedy mieliśmy prąd a bez prądu atmosferę podgrzewały ręcznie robione przez Pawła świece. Wszystko to brzmi bardzo drogo, ale znaleźliśmy sklepy z używanymi rzeczami i wydaliśmy całe nic.


Naszą Toyotę nazwaliśmy Tosia i mieszkaliśmy w niej do końca pobytu w Nowej Zelandii.


Praca.

Naszą pierwszą pracą było zbieranie jabłek na eksport, co bardzo szybko znienawidziliśmy. Nigdy w życiu nie pomyślelibyśmy, że jest to tak skomplikowane. Dowiedzieliśmy się, że jabłka mają twarz (to ta ładniejsza strona), że niektóre mają kolor brązowy (dla nas każde było czerwone...). Do tego muszą być idealne, bez skazy, delikatnie położone do torby, a nie daj Bóg wysypując je do
wielkiej skrzyni narobiliśmy hałasu... Sam manager przybiegał z wielkim krzykiem, że obijamy mu jabłka, a one muszą przetrwać wiele miesięcy zanim popłyną kontenerem do Europy. Do tego najwyraźniej miał on problem z kobietami, bo bez pardonu potrafił podejść i z wielkim grymasem na twarzy powiedzieć do mnie „och wy, leniwe dziewczyny!” Niestety praca była fizycznie ciężka. W całym sadzie na około dwudziestu mężczyzn (głównie ogromnych chłopów z wysp Tonga) byłyśmy tylko dwie, starając się wyrobić minimum 3,5 skrzyni dziennie. Całe szczęście pracowaliśmy tam tylko trzy tygodnie. Na koniec obiecaliśmy sobie – nigdy więcej!

Jabłka były nam jednak najwyraźniej przeznaczone, bo od razu po zbiorach przenieśliśmy się do firmy, gdzie je pakowaliśmy. Szybkie rączki, praca na linii, dłuuugie godziny i jeszcze dłuższe tygodnie. Jedyną pracą, którą polubiliśmy, zwłaszcza Paweł, była praca na winnicy. Mieliśmy okazję zobaczyć prawie cały cykl uprawy winorośli. Zaczęliśmy w Blenheim od przerzedzania młodych pędów i podnoszenia drutów podtrzymujących rośliny, po czym przenieśliśmy się do Richmond (miejsca, gdzie wcześniej mieszkaliśmy pracując w biznesie jabłkowym). Tam w Seifreid Estate, znanej winnicy wykonywaliśmy wiele różnych czynności. Podwiązywaliśmy młode pędy, dbaliśmy o malutkie drzewka a także podnosiliśmy druty. Potem przyszedł czas na okrywanie całych hektarów wielkimi siatkami, chroniącymi dojrzewające winogrona przed ptactwem, które zawzięcie i na ogromną skalę niszczy zbiory. Wiadomo, że tuż przed winobraniem siatki te trzeba było zdjąć... Spróbowaliśmy sił również przy ręcznym zbieraniu owoców, a także łyknęliśmy nieco wiedzy pracując w winiarni napełniając i opróżniając dębowe beczki winem, a także pracując przy butelkowaniu. Był to czas bardzo pracowity ale również bardzo domowy. Wciąż mieszkaliśmy w naszej Tosi ale parkowaliśmy przy domkach dla pracowników więc mieliśmy wszelkie dogodności jakie posiada się w domu.
Na koniec nasz szef Hermann „ucieszył” nas niezmiernie stwierdzając, że ma dla nas inną pracę... Mianowicie zbieranie jabłek w jego sadzie... Nie powiem, że się ucieszyliśmy ale lepiej mieć pracę niż jej nie mieć. Po wszystkim stwierdziliśmy, że jednak nie było tak źle. W doborowym towarzystwie czas leciał szybko a i jabłka zbierane na sok nie były tak męczące jak te zbierane na export.W międzyczasie korzystając z okazji, że mamy pracę na dłużej (czuliśmy się wręcz uprzywilejowani, ponieważ inni backpackerzy nie mogli liczyć na takie szczęście) przedłużyliśmy wizę o trzy miesiące i oszczędzaliśmy fundusze na przyszłość.


Dookoła Nowej Zelandii

W czasie naszego pobytu na wyspach zwiedziliśmy dużo. Najpierw w okresie zimowym, zrobiliśmy przerwę w pracach i wyruszyliśmy na Północną Wyspę. Tosia była świeżo stworzona, my w najlepszych humorach i cała wyspa przed nami. Staraliśmy się zawsze wybierać drogi mniej uczęszczane, szukając na noc miejsc z przepięknymi widokami.

Nie ma nic lepszego niż obudzić się rano w przepięknym miejscu, otworzyć drzwi od auta, usiąść z kawą na werandzie (stopniu na wejściu) i rozkoszować się wolnością. Nie licząc też kilometrów bawiliśmy się w gonienie słońca. Spotykaliśmy ludzi na swojej drodze, którzy tak zapatrzeni w swój ścisły plan, nie patrząc na to, że leje non stop jechali według wytyczonej trasy przeklinając pogodę... Nie był to nasz tok myślenia. Wiedząc, że na zachodnim wybrzeżu będzie padać minimum tydzień, woleliśmy przeprawić się na wschodnie wybrzeże i cieszyć się słońcem. Zawsze bez wielkiego planu, odkrywaliśmy miejsca, do których przeciętny turysta nie zajeżdża.
                                     Poza tym w Nowej Zelandii istnieje jeden wielki problem. Nie jest to
kraj, gdzie można czuć wolność. Wszystko jest poukładane, ścieżki wytyczone. Na każdym, nieco bardziej znanym i uczęszczanym miejscu widnieją znaki „no camping”, „no overnight staying”. Do tego, jeśli strażnicy przyłapią kogoś na obozowaniu, lub noclegu w odległości 200m od takiego znaku, mandat kosztuje 200$. Pytaliśmy wielu Kiwi dlaczego tak jest, ale większość odpowiadała, że turyści, podróżując w swoich vanach śmiecą i srają po krzakach. Fakt, wiele osób kupuje lub wynajmuje takie auta. Jednak biorąc pod uwagę głęboką tradycję campingowania, mieszkania w autobusach przerobionych na domy, (tu w każdym niemal ogródku stoi przyczepa campingowa!) polityka zakazów nie ma sensu. Odkryliśmy, że nie chodzi o śmieci, ani o te „gówno” za przeproszeniem, bo w miejscach wyposażonych w
publiczne toalety również nie można było zostać na noc... Ale jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Tam, gdzie było mnóstwo płatnych campingów, znaki zakazu postawiono wszędzie, dosłownie w każdym możliwym zaułku.
W miejscach bardziej odludnych, gdzie biznes turystyczny jeszcze nie dotarł można było spać na legalu, ba, nawet widzieliśmy tablice z informacją, że jest to całkowicie dozwolone. Meandrując pomiędzy zakazami, przejeździliśmy cały kraj bez najmniejszego problemu, korzystając z campingów jedynie raz w tygodniu.
Południową Wyspę objechaliśmy tuż po Świętach Bożego Narodzenia,a Nowy Rok przyszło nam spędzić na szlaku, pod namiotem w ulewnym deszczu na dalekim południu.


Przyjaciele.

Podczas tych 15 miesięcy poznaliśmy wielu ciekawych ludzi. Wiele z tych osób było z nami na chwilę, ale te chwile były tak miłe i tak ważne, że zostaną z nami na zawsze. Jak zwariowana parka ze Szkocji Ruth i Robert, z którą spędziliśmy tylko dwa wieczory ale za to jakie! Nasza Kat z Hong Kongu, którą poznaliśmy w czasie
postoju i pracy (sprzątanie w zamian za mieszkanie) w hostelu „Crash Palace” w Rotorua. Od momentu, kiedy się poznaliśmy przechrzciliśmy Kat na Miu Miu i nauczyliśmy jak pić po polsku. Od tego czasu spotykaliśmy się wiele razy w różnych miejscach Nowej Zelandii, aż w końcu Miu Miu
przeprowadziła się do naszej okolicy z czego wszyscy byliśmy bardzo zadowoleni. Pracowaliśmy również z chłopakami z Francji - Jeanem i Marco, od których nauczyliśmy się wiele o winie oraz o konspiracyjnych teoriach na świecie. Johann – z nim pracowaliśmy i mieszkaliśmy kilka miesięcy stał się prawie naszym młodszym bratem. Po naszym wyjeździe został on właścicielem Tosi.

Jednak nade wszystko najmocniejsza więź połączyła nas z Karoliną, Paulem i ich małą córeczką Milą. To oni przywitali i gościli nas po przeprawie rowerowej, to dla nich Nelson stało się naszym centrum Nowej Zelandii. Miejscem, z którego wyjeżdżaliśmy i do którego zawsze chcieliśmy wrócić. Otworzyli dla nas nie tylko swój dom, ale i swoje serca. Dzięki nim i dzięki rodzicom Paula czuliśmy się częścią rodziny spędzając razem czas i m.in. Święta Bożego Narodzenia oraz Wielkanoc. Cudownie było być świadkami pierwszych kroków i słów Mili – być częścią jej małego świata. I pięknie było znaleźć przyjaciół na drugim końcu globu. Dziękujemy serdecznie Wam wszystkim!


Nowa Zelandia - kraj to niebywale piękny. Krajobrazy zmieniają się jak w kalejdoskopie. Po raz pierwszy widzieliśmy stożki wulkanów, lodowce z bliska, setki kilometrów wybrzeża. Niezwykle piękny las naturalny „Te Urewera”, gigantyczne drzewa kauri. Florę i faunę zupełnie odmienną niż ta w Europie. Ale też widzieliśmy zniszczenia dokonane przez chciwego człowieka wcale nie tak dawno temu. Deforestację na masową skalę w celu uzyskania drewna do budowy oraz łąk do wypasu owiec i krów. Zszokowały nas widoki ogromnych połaci ziemi przekształconych na pastwiska, bez nawet pojedynczego drzewa, gdzie postępująca erozja i osuwiska nadawały całości bardzo smutny widok (gdzieś trzeba wypasać te 40mln owiec i Bóg wie ile krów). Rzędy sadzonych lasów, do których wejścia broni płot i znak, że przechodzenie będzie karane. Dużo, dużo rzeczy się nie spodziewaliśmy, jak tego, że zakaz palenia ognisk występuje w całym kraju, a w niektórych naturalnych lasach nie... co przywodzi na myśl pytanie „co jest warte ochrony? naturalny, czy sadzony las?” Z czasem nawet zaczęliśmy nazywać ten kraj „Nowa Farmlandia”, a także „No Zealand” ze względu na wszystkie zakazy... Jednak mimo tego wszystkiego, tak jak na początku zwłaszcza Paweł nie polubił tego kraju, tak po pewnym czasie, a już zwłaszcza na koniec pobytu stwierdziliśmy oboje, że moglibyśmy tu mieszkać. Taki czar.