ale... było dobrze, cztery autka i byliśmy w Nawiadach, naszej Mazurskiej Stolicy Gościnności, która od lat stanowiła obowiązkowy postój na trasie z Torunia do domu i odwrotnie. Czekała tam na nas Ala i jej rodzina, z ciepłym przyjęciem i obiadem.
Dzień był upalny a wieczorne powietrze przesycone zapachem kwiatów z ogrodu, parującej ziemi, zbliżającego się deszczu, krów także... ;) ale wszystko razem stanowiło iście odurzającą mieszankę. Sielankę grilla pod jabłonką przerwała burza, jakiej dawno nie widzieliśmy.
Następnego dnia wyruszyliśmy do Torunia. Kolejni ciekawi kierowcy i już po czterech godzinkach byliśmy u celu.
Edyta to prawdziwa czarownica, wszystko co powiedziała realizowało się w ciągu 10 minut. Kierowca, który zawrócił się by nas zabrać lub kolejny, który podwiózł nas pod sam dom naszej przyjaciółki Kasi. Były to najpierw życzenia wypowiedziane na głos.
Musieliśmy zadowolić się spacerem po parku, w obezwładniającym upale.
W trakcie kilkudniowej toruńskiej sielanki, zdarzyła się miła niespodzianka. Mianowicie dołączył do nas Kaczuch (brat Edyty). Po czym wszyscy razem, Białą Świnią (czyt. najnowszym samochodem naszego kumpla Ryby) oczywiście z nim samym za szofera udaliśmy się na podbój Poznania.
Kama i Ryba ugościli nas u siebie w mieszkaniu gdzie mieliśmy okazję spróbować piwa domowej roboty, wyśmienite :)
Po dwóch dniach musieliśmy wyruszać dalej. Nasz przyjaciel, w prawdzie nie zdecydował się na wyjazd do Wrocławia ale podrzucił nas na wylot... 80 km za Poznań. Dzięki Ryba :)
Wrocław zatrzymał nas na dłużej. Nie dość, że zjeździliśmy miasto wzdłuż i wszerz, to do tego zdążyliśmy ściągnąć Kasię z Torunia na kilka dni! Wiwat spontan!! Całe szczęście, że mieszkanie Kaczucha jest bardzo pojemne.
Naszym ulubionym miejscem stała się Wyspa Słodowa, jedyne takie miejsce w kraju, gdzie przemiła władza wykonawcza przymyka oko na dziesiątki ludzi popijających to i owo... ;D
Być tak blisko gór i tam nie pojechać to byłby grzech. Zatem całą czwórką (Kasia, Kaczuch i my) pojechaliśmy w okolice Gór Sowich. Dzięki uprzejmości Krzyśka, narzeczonego w.w. Ali z Nawiad, zostaliśmy na nocleg w Lutomii Dolnej.
Byłoby pięknie gdyby nie fakt, że Wrocław to miasto, które wciąga tak silnie że do dziś nie możemy ruszyć w dalszą drogę. Planowaliśmy wyjechać już jutro lecz pojawiła się kolejna opcja. W niedzielę tato Osy może nas podwieźć pod słowacką granicę a potem tylko Węgry i dalej na Bałkany.
Zobaczymy :)