Droga była niesamowicie kręta, a koniec trasy był na miejscu zwanym „curva 15” czyli zakręt 15... taaak tutaj curva oznacza zakręt. Po dotarciu czekały nas 4 km do przejścia i cały park był dla nas. Na początku cieszyliśmy się ogromnie, że zostawiliśmy smog Santiago w tyle. W końcu można było odetchnąć świeżym, górskim powietrzem Andów i podziwiać widoki bez przysłaniającej wszystko warstwy pyłu i wyziewów aut. Słońce było już nisko nad horyzontem więc szybko rozłożyliśmy namiot na pierwszym kempingu. Po ponad rocznym pobycie w Nowej Zelandii, gdzie palenie ognisk było surowo wzbronione, cieszyło nas ogromnie wielkie palenisko i gorące płomienie. Co więcej, rano na stawie nieopodal widniała warstewka lodu. Wow, tego jeszcze pod namiotem nie było! Ruszyliśmy w góry.
Pierwsze kilka kilometrów zachwycało w każdym momencie, piękne doliny, tak inne od naszych, góry tak wysokie, że aż oko cieszyło. Na dodatek, w pewnym momencie minął nas człowiek jadący na koniu, w wysokich butach, tradycyjnym kapeluszu i czerwonej chuście na szyi. Gaucho czyli kowboj z Ameryki Południowej.
Idąc wciąż pod górę na początku ciepłe powietrze było ciężkie do zniesienia i szliśmy rozebrani do krótkiego rękawka, ale w miarę posuwania się wyżej robiło się coraz chłodniej i chłodniej. W końcu na miejscu, w którym przystanęliśmy na mały posiłek było tak zimno, i wiało tak mocno, że ubraliśmy się we wszystko, co mieliśmy a i tak nie powiem, żeby było choć odrobinę ciepło. Śnieg leżał wokoło a my gotowaliśmy kawkę skryci za wielkim głazem. Chcieliśmy dojść do lodowca i tam zostać na noc, ale spotkaliśmy ludzi na szlaku, którzy uzmysłowili nam, że idzie jedna z największych zamieci śnieżnych jakie tu widziano i nie będzie bezpiecznie jeśli zostaniemy wysoko w górach na ten czas. Przemyśleliśmy sprawę i mino ogromnych chęci, (doszliśmy tak wysoko jak żak żadne z nas nie było nigdy w życiu, na wysokość 3000m n.p.m.) postanowiliśmy zawrócić do poprzedniego obozu na noc. Tam, mogliśmy znów rozpalić ogromne ognisko, gdzie mogliśmy choć na chwilę posiedzieć i ogrzać się przed nadchodzącym w nocy zimnem. Bądź co bądź spaliśmy na 2000m n.p.m. oczywiście po raz pierwszy w życiu.
Idąc wciąż pod górę na początku ciepłe powietrze było ciężkie do zniesienia i szliśmy rozebrani do krótkiego rękawka, ale w miarę posuwania się wyżej robiło się coraz chłodniej i chłodniej. W końcu na miejscu, w którym przystanęliśmy na mały posiłek było tak zimno, i wiało tak mocno, że ubraliśmy się we wszystko, co mieliśmy a i tak nie powiem, żeby było choć odrobinę ciepło. Śnieg leżał wokoło a my gotowaliśmy kawkę skryci za wielkim głazem. Chcieliśmy dojść do lodowca i tam zostać na noc, ale spotkaliśmy ludzi na szlaku, którzy uzmysłowili nam, że idzie jedna z największych zamieci śnieżnych jakie tu widziano i nie będzie bezpiecznie jeśli zostaniemy wysoko w górach na ten czas. Przemyśleliśmy sprawę i mino ogromnych chęci, (doszliśmy tak wysoko jak żak żadne z nas nie było nigdy w życiu, na wysokość 3000m n.p.m.) postanowiliśmy zawrócić do poprzedniego obozu na noc. Tam, mogliśmy znów rozpalić ogromne ognisko, gdzie mogliśmy choć na chwilę posiedzieć i ogrzać się przed nadchodzącym w nocy zimnem. Bądź co bądź spaliśmy na 2000m n.p.m. oczywiście po raz pierwszy w życiu.
Zbliżała się zamieć śnieżna, a my nie mieliśmy czym wrócić do miasta. Stanęliśmy na drodze, ale nasze szanse były bardzo nikłe, bo cały transport jaki się odbywał, był w przeciwnym kierunku. Ale, jak wiadomo, trzeba wysyłać pozytywne wibracje i wierzyć w cuda, więc pierwsze auto jadące w naszym kierunku zatrzymało się na poboczu! Za kółkiem siedział prezydent miasteczka położonego wysoko w górach, słynnej na całe Santiago narciarskiej mekki - Farrelones. Niesamowicie przyjemny człowiek i bardzo pomocny, gdyż dostaliśmy się z nim pod samą stację metra.
Czas był piękny, miejsce cudowne, góry wysokie na 5000m n.p.m. i ta dzikość i pustka jaka towarzyszyła nam jesienią, zamiast dziesiątek turystów podążających w tą samą stronę, w tym samym czasie...