Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chile. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chile. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 sierpnia 2013

Rajd na północ


Po opuszczeniu Torres del Paine, czuliśmy się spełnieni. Na południu zobaczyliśmy to, co nas ciekawiło, swoje w zimnie przeżyliśmy, poza tym gonił nas czas. Do wylotu do Polski pozostało nam nieco ponad trzy tygodnie i około 6000km do przejechania. Ale niczym się nie przejmowaliśmy. Świadomość, że teraz z każdym kilometrem na północ będzie cieplej dodawała polotu (nawet Paweł miał już tego mrozu i dłuuugich godzin w namiocie serdecznie dość). Ale niestety początek nie był taki gładki. Już próbując opuścić Puerto Natales zostaliśmy pokonani i to doszczętnie... Rozszalała się taka ulewa, że w południe było ciemno jak w nocy. Zatem autobus, ale tylko do Punta Arenas. Tam, jest większa szansa na złapanie czegokolwiek ze względu na duży port i początek głównej trasy na północ. Stojąc  na wylocie, znów na mrozie, patrzyliśmy jak samochód za samochodem przejeżdża obok, i tylko cholerny wiatr szarpał nami i naszymi nerwami na ostatnich cienkich strunach...  Chwila radości, ale tylko na 20km... A potem nic, po prostu nic. Kiedy moje usta pokryły się fioletem, a stopy przymarzły chyba do podłoża, Paweł stwierdził, że czas zawrócić do miasta. Jednak dając szansę losowi zostaliśmy jeszcze ostatnie 15min. 

Po chwili na horyzoncie pojawiła się ogromna ciężarówa, taka jakie jeżdżą w Stanach, oczywiście w kolorze czerwonym. Machnęliśmy ot tak dla przyzwoitości, bo z doświadczenia wiedzieliśmy, że takie duże, ładne, czerwone i bez naczepy nigdy się nie zatrzymują. A tu niespodzianka! Wdrapaliśmy się do środka, a tam miejsca tyle ze imprezę można zrobić, no i ciepło! Dogadaliśmy się z kierowcą, że dojedziemy do Rio Gallegos, akurat przed zmrokiem, a że znaliśmy tam jedno miejsce noclegowe więc było nieźle. Najważniejsze, to wjechać do Argentyny na trasę nr 3. Jednak, jedziemy przez to miasto, jedziemy, aż my w końcu mówimy, że wysiadamy. A Sergio na to: „nie wysiadajcie, ja jadę dalej, a to w waszym kierunku”. „No tak, ale my nie znajdziemy miejsca na namiot po ciemku „. Na co on z uśmiechem „ale tu są dwa łóżka, nie ma problemu, ja jadę na północ i potem odbijam do Chile, do Santiago, możecie jechać ze mną”. Zdębieliśmy! Ale dobrze mu z oczu patrzyło więc, jak tu się nie zgodzić? I tak razem przejechaliśmy 2000km. Do samego Chile nam nie pasowało ale niedaleko Bariloche w Villa de Angostura powiedzieliśmy sobie „ciao”. To był nasz rekord, nigdy wcześniej jednym autem nie pokonaliśmy takiego dystansu, a do tego w doborowym towarzystwie, znajdując czas na lokalne piwo.
Pierwsza noc bez mrozu...  do tego ognisko wieczorem - to było jak lato, tylko jedna warstwa ciuchów do spania! I na tym się skończyło. Kolejnego ranka powitał nas znowu szron na namiocie i zamarznięte kałuże... Szlag by trafił! A miało być już ciepło...  Opuściliśmy ten górzysty, zalesiony region i wkroczyliśmy po raz kolejny w pustkę i nicość Argentyny. Marzenia o ogniskach też poszły w las, zero drzew na trasie, jedynie coś na ich kształt od czasu do czasu, powyginane i kolczaste karykatury. W takich chaszczach schroniliśmy się przed nocą. 
W momencie, kiedy zaszło słońce, spadek temperatury był tak wyczuwalny, że wiedzieliśmy, że nie będzie łatwo. Gotując kolację, nie sposób było zdjąć rękawiczki, a przy czyszczeniu menażki woda momentalnie zamarzała. Paweł cały czas próbował rozpalić ogień, bo stóp nie czuliśmy już wcale. I jak na złość to pseudo drewno nie chciało się rozpalić. Nie miałam już siły dłużej siedzieć na zimnie, i stwierdziłam, że idę do namiotu. Trudno. Ale w końcu się udało. Posiedzieliśmy dłuższą chwilę przy ogniu i wiedząc co nas czeka położyliśmy się spać. Tym razem nie spięliśmy śpiworów jak zwykle, tylko wcisnęliśmy się najpierw w jeden, a potem drugi. Wesoło nie było, zwłaszcza, że możliwość ruchu była bardzo ograniczona więc za każdym razem kiedy jedno z nas budziło się ze zdrętwiałym bokiem, budziło to drugie i padało hasło „przewracamy się”. O poranku namiot był cały zamarznięty od środka, szron sypał nam się na głowy, a do kawy musieliśmy roztapiać wodę, którą przezornie wzięliśmy do środka – nic to niestety nie pomogło.  Tego już było za wiele. Masakra jakaś. Miałam jedną myśl w głowie, jechać, dalej i dalej, byle daleko stąd, do Cordoby, gdzie powinno być cieplej, nawet 20˚. A droga była mozolna i do granic wytrzymałości  nudna. Wjechaliśmy w region La Pampa, czyli 200km prosto, potem mały zakręt w lewo, następnie 300km prosto i zakręt w prawo... potem 200km i stacja benzynowa... 

W końcu dotarliśmy w okolice Cordoby, a właściwie do Alta Gracia, gdzie skusiliśmy się na wizytę w muzeum poświęconym Che Gewarze. Umiejscowione w domu, gdzie mieszkał jako chłopiec. Jest bardzo popularne, ale horrendalnie drogie! Legalnie na cenniku widnieje kilka opcji.  Najtaniej jest dla Argentyńczyków, potem dla studentów zza granicy, a zwykły turysta płaci 4x więcej! Nie powiem, żeby Paweł ze swoją brodą wyglądał na studenta, ale panie w kasie połknęły bajkę o studiach i pozostawionej w Polsce legitymacji, więc mieliśmy choć trochę taniej.

Cordoba, ciut nie ziemia obiecana! Wjechaliśmy tam wciąż opatuleni, w czapkach i rękawiczkach. Nic tak nie cieszy człowieka, a zwłaszcza mnie, jak dobre okazje cenowe. To jest plus pojawiania się w takich miejscach poza sezonem. Płaci się za pokój wieloosobowy ale nikogo tam nie ma.... A hostel znaleźliśmy tani, w starym, pięknym budynku, i mieliśmy swój pokoik z balkonem, cały prawie dzień oświetlonym słońcem. Czułam się jak przed laty w Toruniu na Bankowej, w naszym studenckim mieszkaniu na starówce. Planowaliśmy zostać trzy dni, ale z każdym kolejnym robiło się cieplej i cieplej, i tak przyjemnie było mieć chwilę urlopu od podróży, że zostaliśmy na pięć. Łyknęliśmy sobie nieco kultury odwiedzając muzea, kościoły i stare biblioteki, a także lokalnego trunku zwanego „Fernet”. Tak jak te pierwsze były bardzo strawne, tak to drugie ciężko było
przełknąć i człowiek popijał to jak za karę.
Czas było ruszyć dalej. Tym razem już w krótkim rękawku!! Nastąpiła taka zmiana temperatury, że ciężko było uwierzyć, że to to samo miasto i że minęło tylko pięć dni. Oczywiście nie bylibyśmy Polakami, gdybyśmy nie znaleźli dziury w całym. Było nawet ZA gorąco, a słońce świeciło ZBYT intensywnie. Ale mniejsza o to. Byliśmy naprawdę zadowoleni.

Dni mijały, odwiedzaliśmy kolejne stacje benzynowe - nasze ulubione miejsca noclegowe aż pewnego dnia tuż przed miastem Santa Fe zatrzymał się niesamowity człowiek. Nie dość, że po hiszpańsku mówił tak wyraźnie i tak pięknie, że rozumieliśmy go doskonale (o nas tego pewnie powiedzieć nie mógł)  to do tego był właścicielem małego browaru i zaraz z Pawłem zagłębili się detale odnośnie browarnictwa. Tak mu się spodobaliśmy, że zmienił swoje plany i postanowił obwieźć nas po Santa Fe, a do tego zawieźć nas nawet tunelem przez rzekę Paranę do miasta o tej samej nazwie. Na koniec, zajrzał do bagażnika, wyciągnął karton piwa i zapytał czy mamy miejsce w plecakach. Na takie rarytasy miejsce się zawsze znajdzie! I tak wzbogaceni o sześć wielkich butli piwa (i o parę kilogramów w plecakach) pojechaliśmy dalej. Chyba nie muszę pisać, jakie to piękne uczucie po ciężkim dniu, będąc gdzieś poza ludzkimi siedzibami, z rozstawionym namiotem i pod rozgwieżdżonym niebem, gdy usłyszy się dźwięk otwieranej butelki z piwem... a pierwszy łyk..
 Brazylia była coraz bliżej. Granicę zdecydowaliśmy się przekroczyć w pierwszym możliwym miejscu, padło na Uruguayanę. Przejście graniczne położone było na moście na rzece Uruguay. Po załatwieniu formalności po stronie argentyńskiej zapytaliśmy strażników „co dalej”? Informacja zwrotna była jasna i klarowna, mamy siedzieć i czekać na autobus, który zabierze nas na drugą stronę, bo przejście piesze jest zabronione. Tak też zrobiliśmy. Rzeczywiście przyjechał autobus, wewnątrz  sprawdzono nam pieczątkę i pojechaliśmy. Teraz tylko strona brazylijska i „Bem-vindo ao Brasil!” Przejechaliśmy most, wjechaliśmy w miasto, wszyscy wysiedli a my zgłupieliśmy. Gdzie jest granica? Zapytałam kierowcę, gdzie możemy dostać pieczątkę wjazdową, a on mi na to, że przy wyjeździe z kraju, że tutaj tak jest... hmm.  Coś mi tu śmierdziało, ale Paweł wyluzowany przekonywał mnie, że przecież nie przepuściliby nas na drugą stronę gdybyśmy nie mieli wszystkich formalności. No nic. Poszliśmy szukać noclegu. Drałowaliśmy chyba z 10km! Miasto, miasto i wciąż miasto! Populacja Brazylii jest “nieco” większa niż Argentyny co odczuwalne jest od razu. Do tego portugalski, dla nas - czarna magia. Rano z lekką nutką niepewności, wiadomo, pierwsze dni w nieznanym kraju, nie wiadomo co i jak, czy biorą na stopa i w ogóle. Ale pierwsze auto złapane, tylko że na 20km. Zwykle nie odmawiamy, ale tym razem, umówiliśmy się, że będziemy poruszać się przez większe mieściny, żeby w razie lipy złapać autobus do Sao Paulo i zdążyć na samolot.   

Zatem czekamy na coś bardziej konkretnego i w tym czasie znalazłam małą informację w przewodniku odnośnie wiz i takich tam. Nie dość, że musieliśmy mieć pieczątkę w paszporcie, ale do tego specjalną kartę wjazdu. Brak takowej grozi karą pieniężną w niemałej wysokości. No to wracamy. Najpierw na posterunek Policji Federalnej. Tam dowiadujemy się, że kara pieniężna to pikuś, mogliby nas za kratki wsadzić! Ale możemy wciąż wrócić  na most-granicę i dostać co trzeba. Więc z jakimś kierowcą tira, zatrzymanym  przez policjanta przeprawiliśmy się z powrotem na Argentyńską stronę (!) bez papierów i pieczątek. Tam na oczach służby granicznej przeszliśmy przez wyrwę w płocie i pomaszerowaliśmy na drugą stronę budynku, gdzie jak się okazało mieściło się okienko strony brazylijskiej. Pracownik był dość wyluzowany, kiedy usłyszał naszą historię, a po wszystkim usłyszeliśmy w końcu “Witamy w Brazylii, tym razem legalnie!” Przez całe to zamieszanie straciliśmy dużo czasu, zostało nam 6 dni i 1500km do pokonania. Do Sao Paulo pojechaliśmy więc autobusem.


 

piątek, 12 lipca 2013

Torres del Paine

Wszyscy znają dowcipy o Polaku, Rusku i Niemcu. Opowiem wam inny, o trzech takich co drzewa w Parku Narodowym Torres del Paine zasłaniały im widok na góry. Pierwszy, nie wiem skąd, spalił 150 km² parku, drugi - Czech, był lepszy, 155 km² lecz trzeci - Izraelita, pobił wszystkich, 176 km². Ci trzej panowie powinni podjąć pracę jako eksperci przy deforestacji. Łącznie puścili z dymem 481 km² lasów w jednym z najpiękniejszych miejsc na ziemi. To całkiem niezły wynik jak na 1810 km² parku, przy czym nie cały obszar porośnięty jest lasem. 

Przygotowania do wyjścia w góry zaczęliśmy od znalezienia informacji w necie na temat panujących tam warunków pogodowych. Większość opisywanych przygód z Torres del Paine informowała, że jeśli na siedem dni trekingu ma się trzy dni słońca, można uznawać się za szczęściarza. Według prognozy pogody dobre warunki miały trwać tylko przez następne dwa dni. No cóż, nie przemierzaliśmy tysięcy kilometrów by zrezygnować. Wyliczyliśmy racje żywnościowe na każdy dzień i dodaliśmy coś ekstra na dwa dni w razie czego. Może zabrzmi to dość dziwnie ale góry Patagonii to nie Bieszczady. Latem to miejsce jest dość bezpieczne ale zimą wszystko na szlakach jest pozamykane i naprawdę trzeba się przygotować jak do wyprawy. Zrobiliśmy nawet nasze własne ciasteczka energetyczne ze stopionych karmelków i musli mając nadzieję, że coś pomogą. Wszystko było przygotowane.

Dzień 1
Wyruszyliśmy oczywiście na stopa. Do parku było około 100 km za które firmy przewozowe życzą sobie około 100 PLN za osobę w jedną stronę. To jakiś żart. Zmowa cenowa w Argentynie to powszechność. Każda firma podaje identyczne ceny więc nie ma mowy o konkurencji. Transport publiczny działa tylko dla lokalnych, bo za każdym razem gdy pytaliśmy, odpowiedź była jedna, nic nie jeździ w tym terminie, mimo że na rozkładzie jazdy wyraźnie podane były daty i czasy odjazdów autobusów. No nic, kijek im w oko albo poniżej. Po kilku godzinach dostajemy się do bramy parku gdzie za wejście bulimy „jedyne” 140 PLN. Dowiemy się na koniec czy było warto. Gdy po całym procesie rejestracji udało nam się wyruszyć na szlak było już dość późno. Na nocleg wybraliśmy więc kamping Las Carretas, (nie ma mowy o noclegach na dziko) 2 godziny marszu więc prawie tyle, ile zostało do zachodu słońca. Po dotarciu na miejsce okazało się, że nie jesteśmy sami. Przygotowanie kolacji odbyło się w towarzystwie kilku ciekawskich myszy, które tylko czekały aż coś spadnie na ziemię. Cały prowiant powiesiliśmy na sznurku na najbliższym drzewie, by mieć co jeść przez kolejnych kilka dni.

Dzień 2
Rankiem okazało się, że sprytne myszy zadbały w nocy o to, byśmy nie musieli przemęczać się nadmiernym ciężarem naszego pożywienia podczas dalszej wędrówki. Trudno, jakoś damy radę. Ruszyliśmy dalej i powoli wspinaliśmy się coraz wyżej. W miarę upływających kilometrów i zwiększającej się wysokości widoki coraz bardziej zapierały dech w piersi, aż do czasu gdy dotarliśmy do Refugio Paine Grande. Kolosalne schronisko czy raczej hotel, przygotowany na przyjęcie mnóstwa turystów w sezonie letnim, szpeci swym wyglądem przepiękne otoczenie. Na nasze szczęście w zimę zamknięty jest na cztery spusty. Minęliśmy to coś szerokim łukiem i toczyliśmy się dalej w górę. Około południa trafiliśmy na niesamowite oczko wodne. Przy bezwietrznej i słonecznej pogodzie sprawiało wrażenie jakby było zmienione w ogromne lustro. To był nasz drugi dzień bardzo dobrej pogody czyli według wszystkich przeczytanych relacji zostawał nam jeszcze jeden dzień bez deszczu. Tej nocy docieramy do Refugio Grey. Miał być nocleg w namiocie na kampingu ale stróż, młody koleś palący blanta za blantem zaproponował nocleg w pokoju kolejnego brzydkiego hotelu za tą samą cenę co miejsce pod namiot. Czemu nie ?

Dzień 3
Wstaliśmy jeszcze przed wschodem słońca. Zostawiliśmy plecaki w pokoiku i popędziliśmy zobaczyć lodowiec, którego czoło schodziło wprost do jeziora Grey. Ta masa lodu spływająca wprost do wody, zmieniając kolory od białego do ciemno niebieskiego, wygląda tak niewinnie, że aż ciężko uwierzyć, że jest przyczyną powstania dość głębokiej doliny. Na jeziorze powoli dryfowały kawałki lodu. Pisząc kawałki, mam na myśli części lodowca o rozmiarach aut a nawet domów, a to tylko czubki wystające ponad wodę. Tego dnia czekało nas jeszcze kilka kilometrów a słońce w Patagonii zachodzi dość wcześnie, szczególnie zimą. Mieliśmy zamiar dojść do kolejnego obozu - Italiano. Niby to niedaleko bo około 20 km, ale przekonaliśmy się już, że poziomice na mapie kłamały, więc nie wiedząc co nas  czeka maszerowaliśmy dzielnie dalej. Tak jak przewidywała prognoza pogody, zaczęło się psuć. Silny wiatr i warstwa chmur pokrywająca niebo towarzyszyły nam przez cały dzień, aż do wieczora.
W Campamento Italiano zobaczyliśmy w końcu człowieka, a właściwie jego namiot. To był znak, że nie jesteśmy tu sami. Namiocik rozbiliśmy na podeście, bo czemu by nie ? Zawsze to jakaś izolacja od ziemi, mimo że w parku było dużo cieplej niż na otwartych przestrzeniach Patagonii.

Dzień 4
Zafundowaliśmy sobie mały odpoczynek. Chcieliśmy dojść tylko do punktu widokowego powyżej Campamento Britanico więc około 6 godz. w dwie strony. Bez bagażu było dużo łatwiej i szybciej. Pogoda znów dopisywała więc prognozy kłamały, na nasze szczęście. Na punkcie widokowym zachwyt! Zupełnie inny krajobraz niż przez ostatnich kilka dni. Po opuszczeniu piętra wegetacji wokół nas rozciągał się widok łysych ścian skalnych, na czubkach pokrytych śniegiem i lodem. Od czasu do czasu było słychać grzmoty schodzących lawin z pobliskiego szczytu Cumbre Principal. Podczas drogi w dół zatrzymaliśmy się na chwilkę by podziwiać masy śniegu i lodu sypiące się ze szczytów. Lawiny widzieliśmy już wcześniej w Nowej Zelandii ale to co zobaczyliśmy w tym miejscu przerastało poprzednie. Tam też narodził się nowy pomysł. Przyznam że niezbyt mądry ale co tam, raz się żyje. Mianowicie, po prawej stronie szlaku, za rzeką, schodził lodowiec Frances. Ów pomysł polegał na tym by podejść do jego czoła i po raz pierwszy w życiu dotknąć go. Ot tak po prostu. Edyta była dość sceptycznie nastawiona do całego planu. Starała się przemówić mi do rozsądku i tłumaczyła że to bardzo niebezpieczne. Lodowce są w ciągłym ruchu choć tego nie widać, i od czoła raz po raz odrywają się potężne bloki lodu ważące tony. Nie udało jej się mnie przekonać. Wieczorem przy namiocie zapewniłem że podejdziemy tylko na taką odległość, by móc zrobić kilka zdjęć i nie będziemy narażać się dla zabawy.

Dzień 5
Znów pobudka przed świtem, szybka kawa i kanapka. Idziemy do lodowca ! Przyznam, że byłem naprawdę podekscytowany. Kiedy w końcu stanęliśmy przed ścianą lodową wysoką na 15 metrów, poczułem respekt. Mieliśmy dojść tylko na bezpieczną odległość ale wiedziałem że tak nie będzie. Edycie strach ustąpił miejsca adrenalinie. Podeszliśmy tak blisko by móc go dotknąć. Ciężko mi opisać uczucie towarzyszące tej chwili. Lodowiec widziany z daleka nie wygląda tak potężnie, a cała zastygła masa wydaje się być jednolita w swej strukturze. Dopiero z bliska przekonaliśmy się, że wcale tak nie było. Niektóre fragmenty są smukłe i gładkie, gdy inne tuż obok był bardziej chropowate z mnóstwem uwięzionych wewnątrz pęcherzyków powietrza. Do tego wiadomo, że sam lodowiec buduje się od góry, więc to co jest na jego przedzie, prawdopodobnie ma setki a może nawet tysiące lat. Nie wiem tego dokładnie więc nie chcę kłamać, ale to co wiem, to że na pewno jest bardzo stare. W pobliżu małej rzeki wypływającej spod tej plastycznej masy było mnóstwo lodowego gruzu powstałego po oderwaniu się jej części. Pozwoliłem sobie na zabranie jednego małego kawałka, by po stopieniu zaparzyć nam kawę na tej wiekowej wodzie.
Reszta dnia minęła na dość długim marszu do kolejnego obozowiska. Powoli zbliżaliśmy się do momentu, gdy w końcu zobaczymy trzy ściany flagowych dla tego parku Torresów.

Dzień 6
To było wręcz niesamowite. To już szósty dzień dobrej pogody. Na szlaku wciąż niewielu ludzi, bo nie licząc dwóch pracowników parku, do dziś dnia spotkaliśmy tylko trzy osoby. Czuliśmy się jakby cały ten obszar był tylko dla nas. Po dotarciu do Campamento Torres, bazy wypadowej do stóp samych Torresów uznaliśmy, że z zobaczeniem tych ścian poczekamy do dnia następnego. Tym czasem krótki spacerek do bazy wspinaczkowej na końcu szlaku.
Wieczorem dołączyło do nas dwóch młodych kolesi, więc nie byliśmy już sami. Mimo zakazów rozpaliliśmy mały ogień, by było miło.

Dzień 7
Wstaliśmy zbyt późno. Do wschodu słońca zostało tylko 30 minut, a szlak do stóp Torresów to około godziny marszu non stop pod górę. Wyskoczyliśmy z namiotu jak poparzeni i całą trasę przebiegliśmy. Na miejscu, mimo tego, że mało nie wypluliśmy płuc i spoceni byliśmy jak szczury, byliśmy na czas. Spektakl właśnie się zaczął. Wstające słońce oświetlało trzy potężne ściany skalne przypominające zęby wyrastające z ziemi. Torresy wydawały się płonąć czerwonym ogniem. Nie trzeba używać Photoshopa by uzyskać piękne zdjęcia. Cały ten widok był dla nas ukoronowaniem wędrówki i cieszyliśmy się, że zostawiliśmy to sobie na koniec. Prawdziwa wisienka na torcie.
W tej jednej chwili, uznałem że po sześciu latach bycia z Edytą to miejsce i ten czas okazał się idealny do  rozpoczęcia nowego rozdziału w naszym związku :)




Podsumowując
Cały szlak nazwany „W” zajął nam 7 dni. (ponad 120 km ale nie spieszyliśmy się zanadto)

7 dni dobrej pogody (to chyba nagroda za trudy w dotarciu do tego miejsca).

W ciągu 7 dni spotkaliśmy tylko 7 turystów (ponoć latem tworzą się kolejki na szlaku).

Pogoda zepsuła się dopiero gdy opuściliśmy teren Parku i stanęliśmy na drodze by złapać autostop. 


sobota, 15 czerwca 2013

Carretera Austral – „droga” przez Patagonię.


Ta osławiona droga, jeśli drogą można to nazwać, jest popularną trasą dla autostopowiczów w sezonie letnim. Niewielu wybiera się tu jednak w zimę. My do lata czekać nie mamy zamiaru, więc cóż nam pozostaje. Stajemy na poboczy i łapiemy okazję. Pierwszego dnia przemierzamy niesamowity odcinek trasy o długości 46 km i wieczorem docieramy do pierwszej przeprawy promowej. Wspomnę jeszcze że przed opuszczeniem Puerto Montt przeczytaliśmy kilka postów autorstwa miłośników taniego podróżowania i najbardziej utkwił nam w pamięci jeden, w którym to zawarte były trzy porady dla wybierających się tą drogą na południe. Zacytuję: "Po pierwsze, uzbrój się w cierpliwość. Po drugie, zaopatrz się w solidną odzież przeciw deszczową. Po trzecie, wracaj do najbliższego miasta i kup bilet autobusowy w inne miejsce." Czekając na prom, zastanawiam się, czy aby na pewno nie porywamy się z motyką na słońce. Nie poddajemy się i wsiadamy na łajbę. 

Koniec dnia przyniósł jednak coś miłego w postaci Eduardo, którego poznajemy tuż przed przybiciem do brzegu. Noc spędzamy u niego przy domu rozkoszując się wcześniej ciepłem piecyka w kuchni, herbatą i bułeczkami z miodem domowej roboty.

Kolejny dzień i kolejny niesamowity dystans, 55 km z Puelche do Hornopiren. Po raz pierwszy w życiu stoimy przy drodze w miejscu gdzie dokładnie wiemy, o której jeżdżą auta. Na tym krótkim odcinku trasy, zaraz za przeprawą promową  auta jeżdżą z dokładnie określoną częstotliwością wymierzaną przez kolejne promy. Jeśli nikt nas nie zabierze teraz, to następna szansa za 45 minut. Jazda autostopem to zapewne najtańszy środek transportu i przy okazji można poznać wielu ciekawych ludzi, o czym raczej pisać nie trzeba, jednak dla mnie jest w tym coś, czego nie lubię. To poczucie uzależnienia od innych ludzi, bez których utkniemy gdzieś na trasie. Dla mnie i Edyty ten środek lokomocji wciąż odpowiada ale świadomi jesteśmy, że z wolnością, a o to nam chodzi w naszej podróży, ma to raczej mało wspólnego. Wiele godzin stania, by przejechać  taki dystans może czasem irytować. Znajdujemy jednak sposób by się nie poddać i wciąż przeć do przodu. Nasz złoty środek to świadomość, że na trasie jesteśmy prawdopodobnie jedynymi autostopowiczami, a trud jaki sobie zadajemy motywuje, by jechać dalej i się nie poddać. To jak wyzwanie od losu.

Przejechaliśmy w końcu te 55 km do kolejnej przeprawy promowej i co, i nico. Łódka już popłynęła a następna jutro. Ale tak miało być. Dzięki temu znajdujemy kamping ekologiczny gdzieś na obrzeżu wioski czy miasteczka sam już nie wiem. Właściciel  trochę się zdziwił widząc nas z plecakami. Ostatni goście byli tu 2 miesiące temu zaraz po zakończeniu sezonu letniego ale i tak przyjął nas wyśmienicie. Po kilku godzinach dyskusji, głównie na temat metod produkcji różnych alkoholi, idziemy do jego domu na strucla z jabłkami a właściwie by go najpierw upiec. Niemiecki przepis, chilijsko-polska ekipa i ciasto smakuje niesamowicie.
Poranek. Chyba nic już nas nie może zaskoczyć. Przy zakupie biletów na prom okazuje się że tam gdzie chcemy płynąć nie popłyniemy. Zawalona droga odcięła przystań a kolejna dostępna jest w Chaiten. Po kilku godzinach docieramy do celu późnym już wieczorem. Jest ciemno a to nie najlepiej wróży jeśli chce się znaleźć ciche miejsce na namiot. Zawsze wiatr w oczy. Dajemy jednak radę i po pół godzinie rozstawiamy majdan kilka metrów od drogi. W nocy znów pada i nie przestaje również nad ranem. Dziś zakładamy nasze super
przeciwdeszczowe spodnie kupione w sklepie z odzieżą używaną za dolara. Goretex to może nie jest ale czy jest coś lepszego od roboczych gumowych spodni w dodatku żółtych? Wody nie przepuszczą a i widać nas na drodze z kilometra. Przez Chaiten przechodzimy praktycznie bez przystanku. Nie cieszą nas widoki miejsc po kataklizmach. W 2008 roku wulkan o tej samej nazwie pokrył całe miasto grubą warstwą popiołów. 4200 ludzi ewakuowano ale domy zostały prawie całkowicie zniszczone. Dziś, po 5 latach osada liczy już 900 osób. Dowiedzieliśmy się, że rząd chcąc zmusić ludzi by osiedlali się w innych częściach kraju i zamiast pomocy po prostu odciął dostawy prądu i wody pitnej. Nie trwało to jednak długo, gdyż znaleźli się uparci, którzy mimo tych przeszkód powrócili.


Tego dnia udało nam się przemierzyć kolejne kilometry w liczbie 46. Na nocleg wybieramy sobie małą chatkę za mostem, w połowie zawalona ale udaje się nam wcisnąć namiot a nawet rozpalić ogień. Nigdy wcześniej nie pomyślałbym, by spać w czymś takim, ale podróże kształcą. Na głowę nie kapie, tropik się suszy i namiot nie podmaka od dołu. Czego chcieć więcej.


Wciąż leje, z tą różnicą, że mocniej niż wczoraj. Do użycia wkracza kolejny sprzęt w postaci parasola. Nie podróżowaliśmy jeszcze z takimi wynalazkami ale tym razem naprawdę się przydaje. Na zmianę staramy zatrzymać się jakieś auto ale widać nie każdy kierowca jadący sam w pięcioosobowym aucie wierzy, że dwie osoby więcej różnicy nie stanowią. Kilka godzin cierpliwości i jedziemy 20 km dalej. Miły właściciel firmy budowlanej również nie wierzy, że uda nam się przejechać kilkaset kilometrów do Coyhaique autostopem, ale gdy wysiadamy z auta stwierdza, że wieczorem i tak nas tu pewnie spotka wiec wyśle jednego z pracowników, by zabrał nas do kolejnego miasteczka. Szczęście się do nas uśmiecha i tego samego dnia docieramy aż do La Junta. Pada rekord trasy, 119 km w 9 godzin. To prawie trzy razy szybciej niż piechotą. Cieszymy się tym bardziej, że rozstawiamy nasz domek w kuchni na kempingu.

Po kilku dniach deszczu wychodzi słońce. Pierwsze auto i 248 km. Los wyraźnie daje znaki by porzucić marzenie o przejechaniu całej Carretera Austral aż do Villa O’Higgins, która jest ostatnią osadą ludzką w tym rejonie Patagonii. W sezonie zimowym przejścia graniczne na południu są pozamykane a ostatnie czynne to Chile Chico. Dodam jeszcze, że ciągłe deszcze, które nie dawały nam spokoju przez ostatnie dni, nie nastrajają nas pozytywnie i niewiele nam trzeba by zdecydować o zmianie trasy.

Radość ze słońca nie trwa jednak długo. Jeden pogodny dzień okazał się tylko ciszą przed burzą i gdy w końcu docieramy do Coyhaique zaczyna padać, tym razem śnieg. Utwierdza nas to tylko w przekonaniu, że decyzję podjęliśmy nieomylnie, Do tego Edyta,mój prywatny klimatolog, daje dość szeroki wykład na temat różnic pogodowych w zależności od rzeźby terenu i z nadzieją na to, że uda nam się jutro dotrzeć do Argentyny a co za tym idzie znaleźć się po drugiej stronie Andów i zostawić deszcze Chilijczykom docieramy do Chile Chico. Już tylko kilka kilometrów dzieli nas od słonecznych dni.


Podsumowując całą trasę muszę się przyznać że dumni jesteśmy że udało nam się przejechać łącznie około 640 km i przepłynąć około 130 km w zaledwie 7 dni. Biorąc pod uwagę warunki pogodowe, stan drogi, porę roku a w szczególności ilość aut na drodze wyszło całkiem nieźle. Nie poleciłbym jednak nikomu jechać tędy o tej porze roku. Podobno latem trasa wygląda niesamowicie. Mnóstwo wulkanów i gór po drodze, których zimą nie zobaczycie z powodu ciężkiej i gęstej warstwy chmur przesłaniającej wszystko powyżej 100 metrów od miejsca, gdzie zapewne spędzicie cały dzień w nadziei, że ktoś tędy przejedzie. Plusem jest radość po dotarciu do cywilizacji, że nie utknęło się gdzieś po drodze bez jedzenia, bo o wodę martwić się nie trzeba.


sobota, 8 czerwca 2013

Puerto Montt i Wyspa Chiloe



Na Puerto Montt padło z powodu jego położenia. To tu właśnie zaczyna się słynna Carretera Austral, droga przez chilijską Patagonię. Samo miasto niczym specjalnym nie jest ale odróżnia się od innych nieustającymi opadami deszczu. Przez kilka dni pobytu udało nam się raz zobaczyć słońce a poza tym padało dzień i noc. Do zwiedzania nie mamy tu zbyt wiele więc zabieramy się za ponowne zbadanie sprawy Rapa Nui. Po kilku godzinach udaje nam się odnaleźć stronę internetową bo adres który otrzymaliśmy w Valparaiso był oczywiście nieprawidłowy. Cieszymy się więc z kolejnego kroku do przodu w tym temacie. Radość nie trwa jednak długo. Po przestudiowaniu informacji, a było ich troszkę, okazało się że jeśli chcemy płynąć musimy napisać list do pana gubernatora z wyjaśnieniem dlaczego chcemy dostać się na wyspę w taki a nie inny sposób. Kolejna masa papierów do wypisania i wysłania pod wskazany adres. Potem oczekiwanie na odpowiedź. To możemy jeszcze jakość znieść ale nie da się przeskoczyć faktu że statek nie dawno wrócił z rejsu a następny jest w 2014 roku. No i dupa. Nic to, przynajmniej mamy poczucie że nie poddaliśmy się bez walki.

W między czasie płyniemy na wyspę Chiloe. Wszyscy w okół podniecają się tym ponoć przepięknym, magicznym miejscem więc szkoda by było je minąć. Docieramy do Castro, miasta w centrum wyspy, późnym popołudniem. Oczywiście leje jeszcze bardziej niż w Puerto Montt. Szukamy więc miejsca na namiot i po godzince znajdujemy idealne, zaraz za placem budowy. Lało przez całą noc. Rankiem niespodzianka, wciąż leje. Pakujemy przemoczone rzeczy i ruszamy w miasto. Odwiedzamy drewniany zabytkowy kościół, całkiem przyzwoity. Normalnie omijam tego typu miejsca, te było jednak inne niż większość. Mimo że jeden z większych ale w całości zbudowany z drewna, nie obwieszony złotem i innymi bogactwami. W środku kolejna niespodzianka. Na jednym z filarów wisi sobie spokojnie wizerunek naszego Papy Polaka. Nie dziwi to nas jednak bo za każdym razem gdy odpowiadamy ludziom na pytanie skąd jesteśmy, cieszą się ogromnie (nie jak w zachodniej Europie) i powtarzają Papa lub solidarność.  
Ciekawsze są tu jednak domy nazwane palafitos. Nazwa ta pochodzi od samej ich konstrukcji. Dawno temu ludziom zabrakło miejsca we wsi pod budowę. Zaczęli więc wbijać w dno zatoki wysokie na kilka metrów słupy, na których konstruowali swe mieszkania.  Od frontu łączyli je ze stałym gruntem tylko małą kładką. Dziś stare i wysłużone bale wciąż zdają się spełniać swe zadanie ale osobiście nie chciałbym mieszkać w jednym z nich. Chyba zbyt dużo stresu wywoływało by we mnie przeświadczenie że w każdej chwili moje łóżko może stać się szalupą ratunkową. W całej mieścinie są dwie takie ulice i wygląda to naprawdę niesamowicie. 

Wracamy do Puerto Montt by wysuszyć i spakować rzeczy. Szczerze mówiąc i ja i Edyta zmęczeni już jesteśmy miastami i podróżowaniem autobusami. Myśleliśmy na początku że to fajnie i wygodnie ale to chyba nie nasz sposób na przemierzanie krajów. Dwa dni później wychodzi słońce a my wychodzimy na trasę wylotową nr 7, Carretera Austral by złapać pierwszy autostop. Mimo przestróg wielu ludzi i naszego hosta z CS, Carlosa, aby nie jechać tą trasą w zimę, z uporem czekamy na to, co przyniesie nam los.