wtorek, 1 października 2013

Ciężkie początki w Brazylii



Z Marilii wyjechaliśmy dość późno, bo około 14.00 więc mowy nie było o zrobieniu długiego dystansu. Plan na pierwszych kilka dni to około 60 km dziennie, tak na rozruszanie. Pierwszego dnia nie poszło nam jednak tak, jak tego chcieliśmy. Nie byliśmy zbyt zadowoleni z 42 km ale nie wzieliśmy pod uwagę, że słońce zachodziło przed 18.00. Drugiego dnia lepsi też nie byliśmy. Tuż po opuszczeniu przytulnego ogródka pewnego starszego pana, Edyta złapała pierwszego flaka. Słońce nie pomagało ani w naprawie dętki, ani w dalszej  jeździe. Temperatury dnia sięgały nawet ponad 40˚C więc ile wody w siebie wlewaliśmy, tyle samo uchodziło każdym centymetrem naszych ciał. Toczyliśmy się jednak uparcie do przodu, aż po kolejnych 40 km dotarliśmy do zwyczajnej, nieszczególnie pięknej miejscowości Paraguacu Paulista.


Paraguacu Paulista

Zostało nam jeszcze parę godzin dnia więc wiedzieliśmy, że do 60 km dobijemy spokojnie. W miasteczku mieliśmy zrobić szybkie zakupy i ruszać dalej. Tak się jednak nie stało. Już na starcie zaczepił nas młody koleżka, który towarzyszył nam aż do centrum. Po zakupach pojawił się mały problem. Ilu ludzi pytaliśmy o drogę by wydostać się na naszą trasę, tyle różnych odpowiedzi otrzymywaliśmy. W pewnym momencie zatrzymał się kolejny człowiek, więc było nas już troszkę, stojących na skrzyżowaniu. Poddaliśmy się i nie zadawaliśmy więcej pytań ale lokalni wciąż debatowali,tym razem między sobą, którędy powinniśmy jechać. Człowiek, który zjawił się jako ostatni nie wydawał się chcieć nam pomóc. W zamian tłumaczył nam coś o jakimś redaktorze i wywiadzie. Grzecznie wytłumaczyliśmy, że nie możemy czekać kolejnych kilku godzin bo wtedy będzie za ciemno na znalezienie miejsca na nocleg. Usłyszeliśmy, że z tym nie będzie problemu i po jednym telefonie zjawił się Regionaldo. Lokalny animator kultury, dzięki któremu zadomowiliśmy się na scenie teatru, z kuchnią, przysznicem a nawet ze śniadaniem następnego poranka. Jeszcze tego samego wieczoru Regionaldo zabrał nas by pokazać co dzieje się w Paraguacu. Najpierw odwiedziny w szkole capoeira angola, potem mogliśmy zobaczyć stary pociąg z XIX wieku, a na koniec szkoła muzyczna, w której mnóstwo młodzieży i dzieci ćwiczy każdego dnia. Można powiedzieć, że na deskach teatru spędziliśmy kilka dni, w ciągu których udzieliliśmy kilka wywiadów. Nie było to coś wielkiego ale dla nas to dość ciekawe doświadczenie, tym bardziej, że rozmowy odbywały się po portugalsku. W dniu, w którym mieliśmy ruszać dalej odwiedziliśmy jeszcze szkołę aby spotkać się z uczniami i porozmawiać z nimi po angielsku, a potem w drogę. Niestety przez moją nieuwagę zostawiłem telefon na murku w parku. Gdy wróciliśmy, już go nie było. To zdrzenie wywołało wielką akcję, którą ciężko opisać. W każdym razie dziwnym zbiegiem okoliczności pewna pani z Urzędu Kultury wiedziała z kim rozmawiać, by znaleźć nieszczęsny przedmiot. Cała akcja przeniosła się z centrum na obrzeża miasteczka, gdzie szanowna pani i Regionaldo toczyli zaciętą dyskusję z miejscowym cwaniaczkiem. Ja się nie wcinałem bo nie rozumiałem z tego prawie nic. Cierpliwość moja skończyła się jednak w momencie gdy zrozumiałem, że te rozmowy dyplomatyczne nie przynoszą efektu. Wstałem i łamanym portugalskim zaproponowałem zapłatę i ten właśnie fakt skierował całą sprawę na właściwy tor. Wróciliśmy więc do centrum, gdzie czekała na nas Edyta i po około 10 minutach zjawił się cwaniaczek z telefonem w ręku. Niby to tylko zwykły przedmiot ale kontakty, które stracilibyśmy wraz z nim są dla nas bezcenne.


Nieszcęścia chodzą parami, za to szczęścia całymi grupami

Po 20 km od Paraguacu, na drodze pośrodku niczego zatrzymał się miły pan jadący z naprzeciwka. „Jedliście już obiad?” zapytał. Spojrzeliśmy się na siebie nie wiedząc czy dobrze zrozumieliśmy. Tak wylądowaliśmy na porządnym obiedzie w restauracji pomiędzy stawami rybnymi. Jedzenia było więcej niż zdołaliśmy zjeść i oczywiście wszystko na koszt miłego pana właściciela. Szło nam zbyt gładko i przyjemnie bo następnego dnia, lewe kolano Edyty odmówiło posłuszeństwa. Maść z apteki i bandaż miał załatwić sprawę ale by to nastąpiło powinna była przestać pedałować na kilka dni. Twarde dziewcze nie rozpatrywało nawet takiej możliwości więc pod wieczór zjawiliśmy się w miasteczku Porecatu. Zbliżała się już noc, a jedyne miejsce na namiot, które wskazywali mili ludzie to trawnik przed dworcem autobusowym. Udaliśmy się na policję i gdy tylko poruszyliśmy sprawę noclegu, dość kłopotliwą dla lokalnej władzy wykonawczej zjawił się człowiek, który widział nas na rowerach minutę wcześniej. Ten wieczór spędziliśmy przy piwku na kilkugodzinnej lekcji portugalskiego. Edi i Denise którzy zaprosili nas do swojego domu dali nam wszystko czego potrzeba. Prysznic, pralkę, ciepły posiłek, łożko a przedewszystkim swoje otwarte serca.


Kolejne szczęście w nieszczęściu

10 km za Porecatu, kolano Edyty dawało o sobie znać jeszcze bardziej. Tabletka przeciwbólowa i dziewcze twierdziło, że da radę. 2 km więcej i kolejny miły pan zatrzymuje swoje auto byśmy mogli usłyszeć kolejne dziwne pytanie na naszej trasie. „Chcecie zobaczyć park krajobrazowy?”. Biorąc pod uwagę, że od początku na drodze widzimy głównie plantacje trzciny cukrowej była by to miła odmiana. Musielibyśmy jednak zboczyć z głównej trasy i wybrać nieco mniej komfortową dla zbolałej nogi Edyty drogę. Miły pan, Valdinei miał jednak rozwiązanie i na ten problem. Po kilku minutach mknęliśmy eleganckim pickupem z rowerami załadowanymi na pace. Park Ibicatu położony nad rzeką Tibagi ma swój własny mikroklimat. Na całej trasie było gorąco ale w parku było do tego wilgotno. Zbliżała się ulewa więc po obiedzie zaserwowanym przez Valdinei, zdecydowaliśmy że zostaniemy na noc. Kolano wciąż nie pozwalało zapomnieć, w którym miejscu ciała się znajduje więc  Edyta dostała miksturę pod bandaż przygotowaną z eukaliptusa i alkoholu. Nockę spędziliśmy w leśniczówce znów zostawiając nasz namiot nierozpakowany. Następnego dnia Edyta kulała jeszcze bardziej. Niezbyt wiedzieliśmy  co robić. Otrzymaliśmy inny naturalny preparat z mentrusa, przygotowany przez Valdinei, który wytłumaczył nam także, że dalsza część trasy to jeszcze większe góry i doły co na pewno nie pomoże Edycie. Zaproponował więc, że wywiezie nas dalej, gdzie będzie łatwiej. 85 km później żeczywiście teren wydawał się być bardziej płaski. Zrobiliśmy jeszcze 20 km rowerami i znaleźliśmy przytulne miejsce do spania przy fermie kur.


Dni ciężkiej pracy

Przez kolejnych kilka dni pedałowaliśmy naprzeciw pogodzie, która nie ułatwiała nam zadania. Wysokie temperatury wyciskały z nas poty jak z gąbki ale nie poddawaliśmy się. Kolano Edyty też nie chciało się naprawić, może z powodu terenu który znów, poprzecinany rzekami, stał się pofałdowany jak zmięty materiał. Nie mogliśmy narzekać tylko na miejsca noclegowe. Trafiła nam się szatnia w jakiejś firmie, w której zostaliśmy zamknięci na noc, a także weranda na tyłach przydrożnego mini baru, w którym skosztowaliśmy domowej roboty cachasy i hotel tańszy niż każdy hostel w którym dotychczas zdażyło nam się spać. Dotarliśmy w końcu do miejsca, w którym jak dla mnie stała się rzecz niesamowita. Pośród pól uprawnych wypatrzyliśmy mały domek otoczony krzakami. Zapytaliśmy więc o możliwość rozbicia namiotu. Starsza pani słysząć to pytanie wydała się bardzo podekscytowana. Oczywiście zamiast namiotu dostaliśmy własny pokój i obiad w domku wśród nie zwykłych jak się okazało krzaków, ale krzewów kawowych. Dzięki Cleuzie i  Iziquielowi mogliśmy na własne oczy zobaczyć cały proces od zbioru zielonych jeszcze ziaren kawy po przez oczyszczanie palenie i mielenie, by na końcu popijać świeżutką kawkę. Tego smakunie zastąpią żadne, wcześniej pite przeze mnie kawy. Opuściliśmy to miejsce bogatsi w doświadczenie i cały, chyba kilogramowy worek świeżej, nie palonej jeszcze kawy by móc zawsze pić świeżutką.


U celu



W końcu dotarliśmy do Foz do Iguacu. Tu mogliśmy odpocząć jakiś czas i zdecydować co dalej z chorym kolanem. Odwiedziliśmy park ptaków. Ani ja, ani Edyta nie lubimy zoo ale zostaliśmy tam zaproszeni przez człowieka, który w młodości przejechał całą Amerykę Południową rowerem, więc zdecydowaliśmy, że się tam wybierzemy. Muszę przyznać, że uczucia towarzyszące nam podczas tej wizyty mieliśmy dość mieszane. Z jednej strony, mnóstwo ptaków uwięzionych w klatkach, z drugiej zaś, naukowcy pracujący w tym miejscu nad przywróceniem ginących gatunków naturze. Na pewno nie spodobała nam się sytuacja gatunków trzymanych poza klatkami. By ptaki nie mogły odlecieć miały przycięte jedno ze skrzydeł. To już przesada. W zoo byłem tak dawno że nawet nie pamiętam kiedy i gdzie to było. Po tym doświadczeniu wiem, że nie wybiorę się w takie miejsca już nigdy więcej. Mimo, że do moich urodzin pozostało jeszcze kilka dni, wspaniali ludzie których poznaliśmy w hostelu sprawili że postanowiliśmy je uczcić wcześniej. Nie obyło się bez kawałka ciastka i czegoś mocniejszego do popicia. W końcu mamy polskie dusze. Doborowe, argentyńsko – niemiecko – brazylijske towarzystwo po raz pierwszy wyhylało whisky z kieliszka. To był piękny wieczór.


poniedziałek, 16 września 2013

Sao Paulo i nowy pomysł na podróż



Sao Paulo to potężne miasto i zarazem największe w Ameryce Południowej. 19 milionów mieszkańców to prawie połowa populacji naszego kraju. Cieszyliśmy się więc bardzo, że mieliśmy się gdzie zatrzymać. Piękny apartament na 15 piętrze należy do Louise i Pedra. Poznaliśmy ich w Nowej Zelandii i w ciągu trzech dni zaprzyjaźniliśmy się. Tam właśnie obiecaliśmy, że odwiedzimy ich w Brazylii i obietnicy mogliśmy dotrzymać. Pozostały nam 4 dni do wylotu do kraju i ten właśnie czas spędziliśmy niewiele razy opuszczając ich lokum. Raz udaliśmy się do sklepu i to by było na tyle. Muszę przyznać, że wielkie miasta zawsze nas przerażały, a to już nie wielkie miasto, ale prawdziwy kolos. Louise i Pedro zafundowali nam naprawdę niezłe przyjęcie. Już pierwszego dnia mieliśmy okazję poznać kilku ich przyjaciół na małej imprezce. Przepiękni ludzie, jak to sami nazywają z wioski Butantan  czyli dzielnicy, którą wszyscy zamieszkują.

Lot do Polski trwał dość długo i gdyby nie whisky na pokładzie pewnie byłby jeszcze dłuższy. Ale co tam mieliśmy przed sobą 2 piękne tygodnie wakacji od podróży i co najważniejsze wesele mojej siostry Agnieszki i Marcina. Czas ten minął zbyt szybko. Spotkanie z rodziną i przyjaciółmi obudziło w nas chęć pozostania na Suwalszczyźnie, którą mimo podróży przez świat wciąż uważamy za najpiękniejsze miejsce na ziemi. Chcieliśmy nawet przełożyć lot ale cena takiej operacji przewyższała koszty samego biletu. Poza tym w Ameryce pozostało jeszcze kilka ciekawych miejsc do odwiedzenia i jeszcze więcej wspaniałych ludzi do poznania. Wróciliśmy więc do Sao Paulo.

U Louise i Pedra spędziliśmy jeszcze trochę czasu. Z jakiegoś powodu nie mogliśmy zebrać się do kupy i ruszyć w dalszą podróż. Dość ważnym powodem by zostać były urodziny Edyty, na których mogliśmy zaprezentować lokalny, 60-cio procentowy trunek z Suwalszczyzny.  Później Louise zafundowała nam kolejną niesłychanie ciekawą atrakcję. Jako że pracuje na Uniwersytecie w Sao Paulo, w Instytucie Butantan, zaprosiła nas na spacer pomiędzy półkami z pojemnikami zamieszkałymi przez skorpiony, pająki i stonogi. Węże też się znalazły, tylko na zewnątrz,  jakby w wielkim terrarium na wolnym powietrzu. Wszystkie te stworzenia są jadowite co nie nastroiło mnie pozytywnie do jakiejkolwiek podróży przez Amerykę. Mieliśmy także okazję poznać nawet rodziny naszych przyjaciół, które odwiedziliśmy w miasteczku Marilia. Tam spędziliśmy piękny weekend, podczas którego spotkaliśmy rodziców, siostry, wielu wujków, cioć, kuzynów i kuzynek. Uwierzcie mi, Brazylijczycy mają naprawdę duże rodziny.




Wrócę jednak na moment do czasu, gdy już prawie wsiadaliśmy do auta by wyjechać z Sao Paulo do Marilii, z której, według planu udać się mieliśmy na zachód autostopem. Taki był zamiar, gdy nagle Edyta zapytała „starczy nam kasy na rowery?” Zdębiałem. Za godzinę mieliśmy ruszać a tu taki gwóźdź. Nie powiem by pomysł mi się nie podobał ale czemu w tym czasie. Już w Nowej Zelandii nalegałem na pedałowanie przez Południową Amerykę ale wtedy to Edyta była dość sceptycznie nastawiona. Zapytaliśmy więc naszych przyjaciół czy nie był by to kłopot gdybyśmy po wizycie w Marilii wrócili z nimi z powrotem, by ogarnąć rowery i cały potrzebny sprzęt. Tak też się stało.

Po powrocie do Sao Paulo okazało się, że mimo tak potężnego miasta, zadanie zakupienia stafu takiego jak bagażniki i torby nie było wcale łatwe. Kupiliśmy już rowery, nie takie z supermarketu, troszkę lepsze ale po przecenie bo miały zadrapane nalepki. Zebranie reszty zajęło kilka dni bo albo było trzeba zamawiać przez internet albo, w przypadku bagażników, musiałem troszkę popracować kątówką by można je było w ogóle zamocować. Gdyby nie pomoc Louise i Pedro nie wiem jak byśmy to wszystko zorganizowali. Bez znajomości języka i posiadania fizycznego adresu zamieszkania nie wiem czy starczyło by nam cierpliwości.
Gdy wszystko było już gotowe i po raz drugi nosiliśmy się z zamiarem wyruszenia w drogę, Louise wpadła na pomysł byśmy zamiast wyjeżdżać z Sao Paulo, co zajęło by nam pewnie cały dzień lub dłużej, pojechali z nimi po raz drugi do Marilii, tym razem z rowerami i pedałowanie rozpoczęli właśnie stamtąd a przy okazji moglibyśmy raz jeszcze odwiedzić rodziny.

Po dwóch dniach ponownej wizyty w Marilii nadszedł czas pożegnania. Popłynęło kilka łez i nie bez powodu. Po raz drugi w naszej podróży spotkaliśmy ludzi z którymi poczuliśmy tak silną więź jaka łączy rodzinę. Została tam część nas samych i dwie jabłonki z naszymi imionami zasadzone przez tatę Louise. Dziękujemy wam serdecznie i do zobaczenia za rok w Suwałkach ;)


sobota, 3 sierpnia 2013

Rajd na północ


Po opuszczeniu Torres del Paine, czuliśmy się spełnieni. Na południu zobaczyliśmy to, co nas ciekawiło, swoje w zimnie przeżyliśmy, poza tym gonił nas czas. Do wylotu do Polski pozostało nam nieco ponad trzy tygodnie i około 6000km do przejechania. Ale niczym się nie przejmowaliśmy. Świadomość, że teraz z każdym kilometrem na północ będzie cieplej dodawała polotu (nawet Paweł miał już tego mrozu i dłuuugich godzin w namiocie serdecznie dość). Ale niestety początek nie był taki gładki. Już próbując opuścić Puerto Natales zostaliśmy pokonani i to doszczętnie... Rozszalała się taka ulewa, że w południe było ciemno jak w nocy. Zatem autobus, ale tylko do Punta Arenas. Tam, jest większa szansa na złapanie czegokolwiek ze względu na duży port i początek głównej trasy na północ. Stojąc  na wylocie, znów na mrozie, patrzyliśmy jak samochód za samochodem przejeżdża obok, i tylko cholerny wiatr szarpał nami i naszymi nerwami na ostatnich cienkich strunach...  Chwila radości, ale tylko na 20km... A potem nic, po prostu nic. Kiedy moje usta pokryły się fioletem, a stopy przymarzły chyba do podłoża, Paweł stwierdził, że czas zawrócić do miasta. Jednak dając szansę losowi zostaliśmy jeszcze ostatnie 15min. 

Po chwili na horyzoncie pojawiła się ogromna ciężarówa, taka jakie jeżdżą w Stanach, oczywiście w kolorze czerwonym. Machnęliśmy ot tak dla przyzwoitości, bo z doświadczenia wiedzieliśmy, że takie duże, ładne, czerwone i bez naczepy nigdy się nie zatrzymują. A tu niespodzianka! Wdrapaliśmy się do środka, a tam miejsca tyle ze imprezę można zrobić, no i ciepło! Dogadaliśmy się z kierowcą, że dojedziemy do Rio Gallegos, akurat przed zmrokiem, a że znaliśmy tam jedno miejsce noclegowe więc było nieźle. Najważniejsze, to wjechać do Argentyny na trasę nr 3. Jednak, jedziemy przez to miasto, jedziemy, aż my w końcu mówimy, że wysiadamy. A Sergio na to: „nie wysiadajcie, ja jadę dalej, a to w waszym kierunku”. „No tak, ale my nie znajdziemy miejsca na namiot po ciemku „. Na co on z uśmiechem „ale tu są dwa łóżka, nie ma problemu, ja jadę na północ i potem odbijam do Chile, do Santiago, możecie jechać ze mną”. Zdębieliśmy! Ale dobrze mu z oczu patrzyło więc, jak tu się nie zgodzić? I tak razem przejechaliśmy 2000km. Do samego Chile nam nie pasowało ale niedaleko Bariloche w Villa de Angostura powiedzieliśmy sobie „ciao”. To był nasz rekord, nigdy wcześniej jednym autem nie pokonaliśmy takiego dystansu, a do tego w doborowym towarzystwie, znajdując czas na lokalne piwo.
Pierwsza noc bez mrozu...  do tego ognisko wieczorem - to było jak lato, tylko jedna warstwa ciuchów do spania! I na tym się skończyło. Kolejnego ranka powitał nas znowu szron na namiocie i zamarznięte kałuże... Szlag by trafił! A miało być już ciepło...  Opuściliśmy ten górzysty, zalesiony region i wkroczyliśmy po raz kolejny w pustkę i nicość Argentyny. Marzenia o ogniskach też poszły w las, zero drzew na trasie, jedynie coś na ich kształt od czasu do czasu, powyginane i kolczaste karykatury. W takich chaszczach schroniliśmy się przed nocą. 
W momencie, kiedy zaszło słońce, spadek temperatury był tak wyczuwalny, że wiedzieliśmy, że nie będzie łatwo. Gotując kolację, nie sposób było zdjąć rękawiczki, a przy czyszczeniu menażki woda momentalnie zamarzała. Paweł cały czas próbował rozpalić ogień, bo stóp nie czuliśmy już wcale. I jak na złość to pseudo drewno nie chciało się rozpalić. Nie miałam już siły dłużej siedzieć na zimnie, i stwierdziłam, że idę do namiotu. Trudno. Ale w końcu się udało. Posiedzieliśmy dłuższą chwilę przy ogniu i wiedząc co nas czeka położyliśmy się spać. Tym razem nie spięliśmy śpiworów jak zwykle, tylko wcisnęliśmy się najpierw w jeden, a potem drugi. Wesoło nie było, zwłaszcza, że możliwość ruchu była bardzo ograniczona więc za każdym razem kiedy jedno z nas budziło się ze zdrętwiałym bokiem, budziło to drugie i padało hasło „przewracamy się”. O poranku namiot był cały zamarznięty od środka, szron sypał nam się na głowy, a do kawy musieliśmy roztapiać wodę, którą przezornie wzięliśmy do środka – nic to niestety nie pomogło.  Tego już było za wiele. Masakra jakaś. Miałam jedną myśl w głowie, jechać, dalej i dalej, byle daleko stąd, do Cordoby, gdzie powinno być cieplej, nawet 20˚. A droga była mozolna i do granic wytrzymałości  nudna. Wjechaliśmy w region La Pampa, czyli 200km prosto, potem mały zakręt w lewo, następnie 300km prosto i zakręt w prawo... potem 200km i stacja benzynowa... 

W końcu dotarliśmy w okolice Cordoby, a właściwie do Alta Gracia, gdzie skusiliśmy się na wizytę w muzeum poświęconym Che Gewarze. Umiejscowione w domu, gdzie mieszkał jako chłopiec. Jest bardzo popularne, ale horrendalnie drogie! Legalnie na cenniku widnieje kilka opcji.  Najtaniej jest dla Argentyńczyków, potem dla studentów zza granicy, a zwykły turysta płaci 4x więcej! Nie powiem, żeby Paweł ze swoją brodą wyglądał na studenta, ale panie w kasie połknęły bajkę o studiach i pozostawionej w Polsce legitymacji, więc mieliśmy choć trochę taniej.

Cordoba, ciut nie ziemia obiecana! Wjechaliśmy tam wciąż opatuleni, w czapkach i rękawiczkach. Nic tak nie cieszy człowieka, a zwłaszcza mnie, jak dobre okazje cenowe. To jest plus pojawiania się w takich miejscach poza sezonem. Płaci się za pokój wieloosobowy ale nikogo tam nie ma.... A hostel znaleźliśmy tani, w starym, pięknym budynku, i mieliśmy swój pokoik z balkonem, cały prawie dzień oświetlonym słońcem. Czułam się jak przed laty w Toruniu na Bankowej, w naszym studenckim mieszkaniu na starówce. Planowaliśmy zostać trzy dni, ale z każdym kolejnym robiło się cieplej i cieplej, i tak przyjemnie było mieć chwilę urlopu od podróży, że zostaliśmy na pięć. Łyknęliśmy sobie nieco kultury odwiedzając muzea, kościoły i stare biblioteki, a także lokalnego trunku zwanego „Fernet”. Tak jak te pierwsze były bardzo strawne, tak to drugie ciężko było
przełknąć i człowiek popijał to jak za karę.
Czas było ruszyć dalej. Tym razem już w krótkim rękawku!! Nastąpiła taka zmiana temperatury, że ciężko było uwierzyć, że to to samo miasto i że minęło tylko pięć dni. Oczywiście nie bylibyśmy Polakami, gdybyśmy nie znaleźli dziury w całym. Było nawet ZA gorąco, a słońce świeciło ZBYT intensywnie. Ale mniejsza o to. Byliśmy naprawdę zadowoleni.

Dni mijały, odwiedzaliśmy kolejne stacje benzynowe - nasze ulubione miejsca noclegowe aż pewnego dnia tuż przed miastem Santa Fe zatrzymał się niesamowity człowiek. Nie dość, że po hiszpańsku mówił tak wyraźnie i tak pięknie, że rozumieliśmy go doskonale (o nas tego pewnie powiedzieć nie mógł)  to do tego był właścicielem małego browaru i zaraz z Pawłem zagłębili się detale odnośnie browarnictwa. Tak mu się spodobaliśmy, że zmienił swoje plany i postanowił obwieźć nas po Santa Fe, a do tego zawieźć nas nawet tunelem przez rzekę Paranę do miasta o tej samej nazwie. Na koniec, zajrzał do bagażnika, wyciągnął karton piwa i zapytał czy mamy miejsce w plecakach. Na takie rarytasy miejsce się zawsze znajdzie! I tak wzbogaceni o sześć wielkich butli piwa (i o parę kilogramów w plecakach) pojechaliśmy dalej. Chyba nie muszę pisać, jakie to piękne uczucie po ciężkim dniu, będąc gdzieś poza ludzkimi siedzibami, z rozstawionym namiotem i pod rozgwieżdżonym niebem, gdy usłyszy się dźwięk otwieranej butelki z piwem... a pierwszy łyk..
 Brazylia była coraz bliżej. Granicę zdecydowaliśmy się przekroczyć w pierwszym możliwym miejscu, padło na Uruguayanę. Przejście graniczne położone było na moście na rzece Uruguay. Po załatwieniu formalności po stronie argentyńskiej zapytaliśmy strażników „co dalej”? Informacja zwrotna była jasna i klarowna, mamy siedzieć i czekać na autobus, który zabierze nas na drugą stronę, bo przejście piesze jest zabronione. Tak też zrobiliśmy. Rzeczywiście przyjechał autobus, wewnątrz  sprawdzono nam pieczątkę i pojechaliśmy. Teraz tylko strona brazylijska i „Bem-vindo ao Brasil!” Przejechaliśmy most, wjechaliśmy w miasto, wszyscy wysiedli a my zgłupieliśmy. Gdzie jest granica? Zapytałam kierowcę, gdzie możemy dostać pieczątkę wjazdową, a on mi na to, że przy wyjeździe z kraju, że tutaj tak jest... hmm.  Coś mi tu śmierdziało, ale Paweł wyluzowany przekonywał mnie, że przecież nie przepuściliby nas na drugą stronę gdybyśmy nie mieli wszystkich formalności. No nic. Poszliśmy szukać noclegu. Drałowaliśmy chyba z 10km! Miasto, miasto i wciąż miasto! Populacja Brazylii jest “nieco” większa niż Argentyny co odczuwalne jest od razu. Do tego portugalski, dla nas - czarna magia. Rano z lekką nutką niepewności, wiadomo, pierwsze dni w nieznanym kraju, nie wiadomo co i jak, czy biorą na stopa i w ogóle. Ale pierwsze auto złapane, tylko że na 20km. Zwykle nie odmawiamy, ale tym razem, umówiliśmy się, że będziemy poruszać się przez większe mieściny, żeby w razie lipy złapać autobus do Sao Paulo i zdążyć na samolot.   

Zatem czekamy na coś bardziej konkretnego i w tym czasie znalazłam małą informację w przewodniku odnośnie wiz i takich tam. Nie dość, że musieliśmy mieć pieczątkę w paszporcie, ale do tego specjalną kartę wjazdu. Brak takowej grozi karą pieniężną w niemałej wysokości. No to wracamy. Najpierw na posterunek Policji Federalnej. Tam dowiadujemy się, że kara pieniężna to pikuś, mogliby nas za kratki wsadzić! Ale możemy wciąż wrócić  na most-granicę i dostać co trzeba. Więc z jakimś kierowcą tira, zatrzymanym  przez policjanta przeprawiliśmy się z powrotem na Argentyńską stronę (!) bez papierów i pieczątek. Tam na oczach służby granicznej przeszliśmy przez wyrwę w płocie i pomaszerowaliśmy na drugą stronę budynku, gdzie jak się okazało mieściło się okienko strony brazylijskiej. Pracownik był dość wyluzowany, kiedy usłyszał naszą historię, a po wszystkim usłyszeliśmy w końcu “Witamy w Brazylii, tym razem legalnie!” Przez całe to zamieszanie straciliśmy dużo czasu, zostało nam 6 dni i 1500km do pokonania. Do Sao Paulo pojechaliśmy więc autobusem.