Zapis podróży, która się nie dłuży.... czyli jedziemy w świat. Na ile - nie wiemy, byle jak najdalej :)
poniedziałek, 12 lipca 2010
Szulok (Wegry)
Rankiem, w mgnieniu oka zerwalismy sie na rowne nogi i w zawrotnym tempie zlozylismy wszystkie graty. W poszukiwaniu chocby najmniejszej zatoczki, gdzie moglibysmy stanac przeszlismy po raz kolejny dlugie kilometry. Mijalismy pola kukurydzy wygladajace jak gigantyczne rozlewiska wodne - pozostalosci po powodzi. Az dotarlismy do odpowiedniego miejsca. Stop za stopem, pomalutku dojechalismy prawie do granicy z Chorwacja, jednak majac na uwadze roznice cenowe w obu krajach postanowilismy zostac na noc na Wegrzech. Zawczasu kupilismy najwazniejsza rzecz - OFF!(liczba ugryzien na jednej nodze, do kolana wynosila - 50!! nie wspominajac o reszcie ciala) Po czym zupelnie przypadkiem trafilismy na niesamowice sielankowy, przyjemny i tani camping 15km dalej, gdzie zostalismy dwa dni, cieszac sie wszelkimi wygodami.
niedziela, 11 lipca 2010
Szekszard (Wegry)
Po porannej, orzezwiajacej kapieli ruszylismy w strone pierwszej lepszej drogi wiodacej ku obrzezom miasteczka. W glowach snulismy juz mysli o Chorwacji, ale po spedzeniu godziny na parkingu autostrady, w rzeznickim upale nasz duch podupadl. Zwlaszcza widzac czestotliwosc przejezdzajacych aut... Moze jedno na 10 min. W koncu stal sie cud i z radoscia wskoczylismy do auta po to tylko, by dowiedziec sie, ze koniec trasy nastapi juz za 15km w najwiekszym miasteczku regionu - Siofok... Trudno. Lepsze to niz nic. Nie wrocilismy na autostrade, zmienilismy kierunek jazdy i podreptalismy na wylot. Wegrom chyba nie przypadl do gustu pomysl wykorzystania ich samochodow jako srodka lokomocji dla nas i tak prawie zakwitlismy na przystanku autobusowym. Decyzja o dojechaniu gdziekolwiek, byle do przodu zawiodla nas do czarnej dziury, ktora od tamtej pory nazywamy Komarowem.
Slonce chylilo sie ku zachodowi, a my z braku laku pozostalismy brudni, spoceni na wale przeciw powodziowym, 20m od rzeki, na terenach jak okiem siegnac podmoklych a w dodatku popowodziowych. Nic dodac nic ujac. Wspomne tylko, ze kolacje gotowalam w zbroi przeciwkomarowej, ubrana w kurtke, moje fioletowe spodnie przeciwdeszczowe (kto widzial ten wie),z chusta na glowie ze szparka na oczy i obowiazkowo nasunietym kapturem... Gryzly nawet w usta. Naszym aniolem okazal sie dziadek wesolo pomykajacy na rowerze. Widzac nasze wysilki by odpedzic krwiozercow, zatrzymal sie i bez slowa podal nam dziwnie pachnacy, zielony specyfik. Pomoglo, co prawda na chwile, ale zawsze to cos.
Slonce chylilo sie ku zachodowi, a my z braku laku pozostalismy brudni, spoceni na wale przeciw powodziowym, 20m od rzeki, na terenach jak okiem siegnac podmoklych a w dodatku popowodziowych. Nic dodac nic ujac. Wspomne tylko, ze kolacje gotowalam w zbroi przeciwkomarowej, ubrana w kurtke, moje fioletowe spodnie przeciwdeszczowe (kto widzial ten wie),z chusta na glowie ze szparka na oczy i obowiazkowo nasunietym kapturem... Gryzly nawet w usta. Naszym aniolem okazal sie dziadek wesolo pomykajacy na rowerze. Widzac nasze wysilki by odpedzic krwiozercow, zatrzymal sie i bez slowa podal nam dziwnie pachnacy, zielony specyfik. Pomoglo, co prawda na chwile, ale zawsze to cos.
sobota, 10 lipca 2010
Jezioro Balaton (Wegry)
Wybierajac bilety do Sosto chcielismy uniknac zgielku i natloku ludzi. Miasteczko polozone nieco z boku, jawilo sie nam jako oaza ciszy i spokoju nad jeziorem. Miejsce do kapieli, byczenia sie na sloncu, wyprania brudnych rzeczy...
Oaza to moze byla ale dla rzeszy turystow!!! Nie dosc ze wybila juz 1.00 w nocy, miasteczko az wrzalo, a brzeg jeziora zajety byl przez domki, domy, hotele i restauracje. Nawet plaze byly ogrodzone, o tej porze zamkniete na klodke i platne w ciagu dnia. Odarci ze zludzen ruszylismy w poszukiwaniu tak naprawde czegokolwiek, byle nadawalo sie do rozstawienia namiotu. Kilometr pierwszy - dostep do jeziora to jedynie ciasne drogi, byc moze przeciw pozarowe. Drugi i trzeci - to samo. Przy czwartym i piatym nawet tych drog juz nie bylo, a szosty kilometr uratowal nas dziura w plocie. Ha!! To byla nasza nagroda za bolace plecy i bable na nogach. Nad samym brzegiem, przy asyscie komarow postawilismy namiot i zapadlismy w sen.
Rano, czyli o 7.00(10.07) po kilku godzinach spania obudzily nas glosy. Jak sie okazalo tuz obok byla dzika plaza. Poza tym miejsce to bylo malo uczeszczane, (ogrodzone po bokach i od ulicy) i nikt nie smial przerwac nam zasluzonej sielanki, mimo ze sasiadowala nam chyba dosc droga restauracja. Bez pardonu uskutecznilismy pranie i wygrzewalismy sie na sloncu z przerwami na kapiel w blekitnej wodzie. A trzeba przyznac, ze Balaton sam w sobie jest piekny: czysta woda i plaza siegajaca powyzej 50m wglab uslana drobnym zlotym piaskiem. Sielanka... do wieczora, kiedy to na zer wyszly komary! Mimo wciaz wysokiej temperatury, jak poparzeni wskoczylismy do namiotu i tyle mielismy z romantycznego wieczoru nad jeziorem.
Oaza to moze byla ale dla rzeszy turystow!!! Nie dosc ze wybila juz 1.00 w nocy, miasteczko az wrzalo, a brzeg jeziora zajety byl przez domki, domy, hotele i restauracje. Nawet plaze byly ogrodzone, o tej porze zamkniete na klodke i platne w ciagu dnia. Odarci ze zludzen ruszylismy w poszukiwaniu tak naprawde czegokolwiek, byle nadawalo sie do rozstawienia namiotu. Kilometr pierwszy - dostep do jeziora to jedynie ciasne drogi, byc moze przeciw pozarowe. Drugi i trzeci - to samo. Przy czwartym i piatym nawet tych drog juz nie bylo, a szosty kilometr uratowal nas dziura w plocie. Ha!! To byla nasza nagroda za bolace plecy i bable na nogach. Nad samym brzegiem, przy asyscie komarow postawilismy namiot i zapadlismy w sen.
Rano, czyli o 7.00(10.07) po kilku godzinach spania obudzily nas glosy. Jak sie okazalo tuz obok byla dzika plaza. Poza tym miejsce to bylo malo uczeszczane, (ogrodzone po bokach i od ulicy) i nikt nie smial przerwac nam zasluzonej sielanki, mimo ze sasiadowala nam chyba dosc droga restauracja. Bez pardonu uskutecznilismy pranie i wygrzewalismy sie na sloncu z przerwami na kapiel w blekitnej wodzie. A trzeba przyznac, ze Balaton sam w sobie jest piekny: czysta woda i plaza siegajaca powyzej 50m wglab uslana drobnym zlotym piaskiem. Sielanka... do wieczora, kiedy to na zer wyszly komary! Mimo wciaz wysokiej temperatury, jak poparzeni wskoczylismy do namiotu i tyle mielismy z romantycznego wieczoru nad jeziorem.
piątek, 9 lipca 2010
Budapeszt (Wegry)
Wieczor byl cieply i bezchmurny, a spacer uliczkami Budy dodawal niesamowitej energii i pozytywu. Budapeszt jest przepieknym miastem, kto nie byl - niech tam jedzie. Polozona na wzgorzach Buda zacheca mnostwem urokliwych labiryntow uliczek i schodow, ukrytych w gaszczu zieleni, a po drugiej stronie Dunaju, Peszt kusi swym wielkomiejskim stylem oraz niezliczona iloscia kafejek i sklepikow.
Drugiego dnia (09.07) postanowilismy jechac nad jezioro Balaton. Jako ze nie istniala zadna linia autobusowa, ktora mogla nas zabrac na obrzeza miasta, kupilismy bilety na pociag do Sosto.

A propos komunikacji miejskiej w Budapeszcie. Nieuniknionym bylo jej uzywac, ale jak zauwazylismy po pierwszym przejezdzie, trasa nota bene dosyc dluga - nikt nie kasowal tam biletow! Zatem nie kasowalismy i my! Jak sie okazalo (poniewaz podpytalismy chlopakow z Informacji Turystycznej) kontrole zdarzaja sie tylko na koncowych stacjach metra (co zreszta kiedys mialam okazje przezyc podczas wczesniejszej podrozy).
Subskrybuj:
Posty (Atom)