sobota, 23 października 2010

A TO dalej!

Kciuki chyba nie pomogly... Po rozmowie z menagerem gigantycznej restauracji "Soul-ed Out", polozonej na kompletnie przeciwnym koncu miasta, telefon zamilkl i nikt sie do nas nie odezwal. Jednak stwierdzilismy, ze to zadna katastrofa. Czas i pora ruszyc cztery litery, bo za bardzo sie udomowilismy. Dostalismy wyrazna wskazowke od losu, ze czeka na nas cos innego. Dlatego zostawilismy kilka zbednych rzeczy w domu i na poczatek wybralismy sie na oslawione herbaciane wzgorza Cameron Highlands.

środa, 20 października 2010

I co dalej?

Dziwnie juz mi pisac, po raz kolejny, ze jestesmy wciaz gdzie? W Kuala Lumpur. Nie wiem, czy wiecie, ale nasza wspolpraca z National Geographic Cafe zakonczyla sie w przededniu Pawla urodzin, czyli 1.10. Historia do najmilszych nie nalezy i po pewnym czasie, bogatsi o komputer (a jednak!)oraz nowe doswiadczenia z dzialu "jak nie nalezy prowadzic lokalu", szykowalismy sie do wyjazdu. Niespiesznie, pomalu, tu pranie, tam porzadkowanie. Jest juz 20.10 i date wyjazdu wyznaczylismy na jutro. Ostatnie zakupy, ostatnia wizyta w kafejce internetowej. I przed chwila dowiedzielismy sie, ze wlasnie jutro mamy rozmowe o prace!!! Jeeva, ktorego zaczelismy nazywac naszym managerem, skontaktowal sie (mimo naszych zapewnien, ze naprawde na nas juz czas) z couchsurferem, ktory nie dosc, ze jest z Polski, ma na imie Pawel, zatrzymal sie u kolezanki Jeevy - Viny, to do tego pracuje w KL, w restauracji, ktora prowadzi nabor... Co wiecej rozmawialismy juz przez telefon i jestesmy umowieni jutro w samo poludnie. Niezle...
Trzymajcie kciuki!!!

czwartek, 14 października 2010

Kot na dachu, szczur w kanale

A my w takim zawieszeniu pomiedzy podrozowaniem, a zwyklym szarym zyciem tyle ze jakies 8000km od domu. Bawilmy sie w taka mala gre pt. oswajanie zwierza. Na chwile zamienilismy nasz pancerz ze znoszonych juz i obrzydlych nieco ubran na eleganckie ciuszki, taka nowa skorke, dopasowana do tutejszych wymogow spoleczenstwa. Chodzimy wykapani, ladnie uczesani, nawet make up zagoscil na twarzy. W domu jest kuchenka, wiec nie trzeba uzywac magicznych sztuczek aby rozpalic ogien, odpada zbieranie patykow, galazek, szykowanie paleniska, pilnowanie i nieustanne mieszanie. Nie martwimy sie o swieza wode do picia, jakakolwiek do mycia, tylko pranie pozostalo w naszych rekach – doslownie, ale odkrecasz kurek i leci, caly strumien w jednej rurze. I niby wszystko jest tak jak powinno, my czujemy sie w tym wszystkim jakby odwrotni. Przebrani za ludzi miejskich, na czas jakis w teatrzyku, gdzie scena to zgielk, chaos, pogon...

Zewszad wygladaja kuszace propozycje ulatwienia sobie zycia, wszystko jest w zasiegu reki. Praleczki – oszczedzaj czas i swoje dlonie, lodoweczki – serwuja biegun na rowniku, restauracje, jadlodajnie – usiadz, odpocznij, znajdz chwile, bo zaraz do domu, jeszcze to i tamto, srodek nocy, krotki sen i rano od poczatku... Pociag podjezdza, pchamy sie, chamy, wszyscy jak pchly upchane, wyjscie czy wejscie – wszystko jedno byle zdazyc, bylebym JA zdazyl . Jeden pociag to za malo, zmiana stacji, szybko, biegiem bo juz jedzie, oj za pozno... i 10 minut stojac i klnac pod nosem, chyba na siebie samego i swa glupote, a to tylko dwa przystanki... Bez biegania, przeklinania, dziarskim krokiem ze spojrzeniem w niebo, wokolo, na ludzi, moze w czyjes oczy... z przyjemnascia mozna DOJSC do pracy. Ale przeciez to TAK DALEKO!!!

Srodowisko: bank, kawiarnia, sklep, kino, wszelkie budynki uzytecznosci publicznej uczestnicza w zawodach. Gdzie wiecej osob zostanie zmrozonych, zakatarzonych, z goraczka... Klima az buczy, ale cala naprzod!!!! Ahoj, chcemy zimy! Chcemy jak inni nosic czapki, kurtki, rekawiczki, kryte buty, dzinsy, sweterki i plaszcze. I czasem wylaniaja sie z odmetow zimnych, klimatyzowanych przestrzeni markowo opatulone ludziki w modnych, dizajnerskich czapkach , jak delfiny na powierzchnie oceanu, by zaraz znow czmychnac i skryc sie w chlodna strefe centrum handlowego tudziez inny , byle klimatyzowany obiekt.

Pociag podmiejski, nagle uszy zaczyna wypelniac dzwiek, no tak... telefony, a wlasciwie nowoczesne urzadzenia wielofunkcyjne, sa wszedzie. Nie wazne czy to Malezja, Anglia czy Polska, zawsze w jakims pociagu, tramwaju czy autobusie ktos uraczy nas swoim ulubionym songiem oczywiscie nie pytajac nikogo o zdanie. Lady Gaga – zero zaskoczenia, jednak po krotkich ogledzinach wagonu brak tu chichoczacych, wymalowanych i na wpol rozebranych nastolatek. Hmm... tylko jedna dziewczynka – Muzulmanka, niepozorna, w chuscie na glowie, bawiaca sie telefonem...

Sen to zlo, nie ma zludzen, dlatego miasto nigdy nie spi. I niekoniecznie mowa tu o imprezach, tancach – hulancach, popijawach, choc zapewne w centrum, w miejscach nocnych schadzek takie widoki to codziennosc. Tutaj na osiedlu, w godzinie zdecydowanie nadajacej sie do zlozenia glowy na poduszcze nastepuje exodus. Wszyscy jak zmory nocy wylaza na zewnatrz, rozsiadaja sie wygodnie i czerpia garsciami nocne, chlodniejsze powietrze. Dzieciaki w pizamach z predkoscia blyskawicy biegaja po korytarzach, bawia sie w tutejszego chowanego, a nade wszystko lubuja sie w doprowadzaniu otoczenia do furii za pomoca petard! Druga w nocy, trzecia w nocy, z jakas piekielna synchronizacja z objec Morfeusza wyrywa ogluszajacy HUK!!! Szkoda ze senne marzenia o wiatrowce nie przekladaja sie na rzeczywistosc...

Albo wezmy przechadzki po ulicach. Nie bylo innej rady jak stac sie swieta krowa. Swiatla? Jakies kolorki zmieniajace sie chyba dzieciom ku uciesze, a moze poczatkujacy turysci z tego korzystaja. Zwykle nikt na to nie patrzy. Mala przerwa w strumieniu pedzacych Protonow i brzeczacych niczym szerszenie skuterkow - i lecisz!!!! Oczy dookola glowy, zwinne kocie ruchy, dwa susy i ufff, cypelek posrodku drogi. Przyczajenie. Jesli z ukrycia nie wyloni sie zaden metalowy smok, to dzida! I tak dzien za dniem...

Chlopcy jednak bija tu wszystko na glowe! O rety! Niejedna dziewczyna zazdrosci im tej gracji, to bije po oczach, az boli. Patrz i podziwiaj: najmodniejsza fryzura,najladniejszy manicure, najdrozsze dzinsy, najbardziej obcisla koszulka, japonki z rozowym kwiatuszkiem, rozowa torebka, koniecznie od Luisia, lekko zdeprymowanym wzrokiem szukaja poklasku, a wysoko podniesiona broda wymusza delikatne przymkniecie powiek z perfekcyjnie wytuszowanymi rzesami. Wieczorowa pora przywdziewaja jeszcze bardziej niz zwykle obcisle wdzianka, ultrakrotkie spodenki lub spodniczki i wyginaja smialo cialo z ogroooomnym zaangazowaniem w rytm najnowszych hitow. Zdaje sie ze ostatnio krolowala Lady Gaga, a moze Beyonce, kto ich tam wie. A my z klatki schodowej zagladamy w ich okna, ogladajac to przedziwne przedstawienie, nie mogac wrecz otrzasnac sie ze zdumienia, a momentami wyjsc z podziwu nawet, jak to potrafia sie wic, krecic dupka i czolgac po podlodze. Toz to szok!

Jednej rzeczy troche tu jednak brakuje. Mianowicie psow. Nie ma wesolego merdania ogonkiem, radosnego poszczekiwania, tarmoszenia grzywy, w prawdzie nie ma tez kup na trawnikach, za czym nie nie, nie tesknie, ale tak tu nienaturalnie bez nich. Pewnego razu siedzielismy przy stoliku na zewnatrz restauracji. Nagle z lewej, z prawej, z tylu, z przodu, posypaly sie gwizdy, cmokania i chrzakania. Kto u licha chodzi do baru z psem? Wesolo merdajac menu jak z podzniemi wylonili sie kelnerzy. Koniec swiata! Zeby tak do kelnera, jak do psa, kurna, do psa? A psow jak nie bylo, tak i nie ma. Mozna je znalezc w chinskich sklepach, rasowe, kolorowe,wlochate gladkie, nawet husky, tylko zadnego na ulicy. Moze kupuja je tylko na specjalne okazje... Urodziny pani Wang, zapraszamy, pelen orient, dzis specjaly z Alaski...

Tak, tak... Za to kotow jest tu dostatek (moze za twarde?) Koty sa wszedzie. Idziesz ulica, a droge przebiega Ci nie jeden, a co najmniej trzy. Siadasz przy stoliku w barze, a kot juz tam jest. Zeby chociaz sam, a to z kumplami. Czasem z cala rodzinka klebia sie pod stolem, obok stolu, pod krzeslem, na krzesle, na kolanach, o zgrozo na stole!!!! Gdzie sie nie obejrzysz tam kot, otwierasz lodowke, i co widzisz - kota, otwierasz konserwe, zgadnij - kot! W przeroznym stanie, postaci i masci. Niektore przerazliwie chude, a inne tak spasione, ze gdyby nie ogon, mozna byloby pomyslec, ze to wlochata kulka. Bez lapki, bez ucha (to najczesciej), bez ogona , bez oka – do wyboru, do koloru! I mimo calej swojej liczebnosci, nic, ale to absolutnie nic sobie nie robia z wesolo biegajacych po chodnikach szczurow. A tych tez jest tu calkiem okragla liczba. Z kolei szczury gdzies maja tluste, olbrzymie, zlociste karaluchy, ktore wyskakuja czasem z kanalu z predkoscia swiatla milimetry od twojej stopy. Wszyscy oni preferuja ludzkie dania i odpadki. I tak zyja sobie radosnie, niczym sie nie przejmujac. Karaluchy ze szczurami w kanalach i oczywiscie poza nimi, a koty wszedzie, wlaczajac oczywicie dachy.

czwartek, 2 września 2010

Zostajemy w Malezji!

Spedzilismy w Kuala Lumpur osiem dni. Bylo to juz stanowczo za duzo jak na gosci z CS. Przesadzac tez nie mozna. Rano pozegnalismy sie z Jeeva, nie wygladal na wielce smutnego i jak zwykle powiedzial "do zobaczenia wieczorem". Chyba nie do konca wierzyl, ze my NAPRAWDE wyjezdzamy. Wiele razy tez sam zartowal, ze nigdzie nie pojedziemy, kiedy znajdziemy nasze paszporty w klatce z kobra... Ale, spakowalismy manatki, usciskalismy zdziwiona (!) z powodu naszego wyjazdu Prime i Anusyiah. Nie obylo sie bez lez. Obiecalismy, ze w drodze powrotnej z Tajlandii na pewno ich odwiedzimy.

Plan byl taki, ze jedziemy do Tajlandii, moze autostopem, moze nie. Jesli dostaniemy wize na wjezdzie bez problemu (jest dostepna dla Polakow), to mamy 15 dni na zwiedzanie kraju, po czym wracamy przez Malezje. Przeprawiamy sie jakimkolwiek najtanszym srodkiem transportu na Sumatre do Indonezji i tam, z wyspy na wyspe, pomalutku kierujemy sie w strone Australii (o ile Pawel dostanie wize turystyczna, bo wciaz czekamy na odpowiedz z ambasady). W jakims porcie, albo moze w kazdym porcie po drodze szukamy jachtostopa, w zaleznosci od okolicznosci, plynacego do kraju kangurow lub do Nowej Zelandii, w ktorej nas obowiazuje ruch bezwizowy. A tam podreperujemy budzet. Plan planem, poszlismy na internet sprawdzic, czy przyznano Pawlowi ta nieszczesna wize.

Moze po pol godzinie dostajemy wiadomosc od Jeevy, ze jest szansa na prace tutaj, w KL. Hmmm... czemu nie? Umowilismy sie na wieczor, by zapoznac sie ze szczegolami. I co? Zabralismy plecaki i podreptalismy do domu. Na nasz widok Prima powiedziala tylko "mowilam wam, ze wrocicie", a w progu stala rozesmiana Anusyiah.
Okazalo sie, ze w National Geographic Cafe potrzebuja kelnera. Nastepnego dnia wybralismy sie na rozmowe z szefowa. Bylismy przekonani, ze tylko Pawel ma szanse na prace, wiec wydrukowalam moje cv z mysla, ze powinnam juz zaczac szukac zajecia. Wlascicielka okazala sie kobieta niezwykle energiczna, a slowa z jej ust wylatywaly jak pociski z karabinu. Po chwili rozmowy, a wlasciwie jej monologu padlo pytanie, czy ta praca ma byc dla nas obojga. Wlasciwie... nie mielibysmy nic przeciwko. Zatem uslyszelismy, ze Pawel ma za zadanie zajac sie promocja NG Cafe, organizacja roznego rodzaju przedsiewziec, wystaw, eventow. Tak naprawde wszystkiego, co rozruszaloby to miejsce, plus oczywiscie na poczatku zapoznanie sie z organizacja pracy i specyfika obslugi klienta.
Co nam sie bardzo spodobalo - zalozenie jest genialne, aby stworzyc tu miejsce spotkan ludzi zainteresowanych srodowiskiem, podrozami, aby nastepowala wymiana mysli i pogladow. Krotko mowiac Pawel jest w siodmym niebie.
Moim zadaniem jest na razie pomoc w NG Cafe, a od 15.09 przenosze sie do hiszpanskiej restauracji, gdzie rowniez trzeba ozywic nieco atmosfere. Pozyjemy - zobaczymy. Mam nadzieje, ze bedzie dobrze. Jesli wszystko pozytywnie sie ulozy, to zostaniemy na kilka miesiecy.

Poki co, codziennie rano wtapiamy sie w tlum tubylcow pedzacych do pracy w czarnych kostiumach, koszulach, pantoflach...Jedziemy podmiejskim szybkim pciagiem, potem przesiadamy sie na kolejke. Tylko jestesmy troszke zbyt wysocy i nasze twarze wzbudzja powszechne zainteresowanie.